Biegłam
długo. Nie wiedziałam, czy Sato idzie za mną. Nie wiedziałam, czy się
nawet obrócił. Dlaczego on mi to zrobił? Dlaczego?
Dla
dobra…
Nie
chciałam słuchać głosu. Od kiedy się pojawił, mam same problemy. Dlaczego to
spotkało właśnie mnie? Przecież, to nie ma sensu. Na początku czułam się,
jakbym trafiła do raju – znalazłam kogoś, kto się mną opiekował. Nie miał
żadnego `ale`. Po prostu chciał byś obok mnie. Dziękowałam mu za to. Naprawdę
rozpalało to we mnie ogień. Ogień do walki. Przecież to, co się dzieje, ma nas
kształtować, prawda? Nie mogłam tego zrozumieć.
Nagle
przede mną pojawiła się ogromna lodowa góra. Chciałam na nią wejść, ale teraz
naprawdę nie wiedziałam, czy mi się to uda. Zatrzymałam się pięć metrów od
niej. Nie płakałam już. To i tak nie miało sensu.
-
Dam radę, dam radę…- powtarzałam sobie – dam radę!
Podeszłam
do prawie pionowej ściany. Powoli zaczęłam okrążać wzniesienie. Żadnego
wejścia? Żadnej szczeliny? To niemożliwe. Jednak po obejściu połowy
znalazła się szczelina.
W
sumie nie można było nazwać tego szczeliną. To był wydrążony tunel prowadzący
do środka. Nie byłam pewna, czy mam tam wejść. Z drugiej strony nie byłam już
niczego pewna.Weszłam.
Tak
jak się spodziewałam w środku nie było nic, prócz lodu, wody i delikatnie
przebijających się promieni słońca. Gdy tylko pierwszy promyk słońca wpadł mi d
o oka, coś z mojej lewej strony mnie zainteresowało. Gdy tylko odwróciłam
łeb,dostrzegłam coś błyszczącego, wystającego spomiędzy odłamków lodu.
Podeszłam ostrożnie, węsząc w razie jakiegoś niebezpieczeństwa. Na szczęście
nie było żadnego, więc zbliżyłam się do przedmiotu.
Był
mały, okrągły i mienił się fioletem oraz granatem.
-
Piękny… -zachwyciłam się nim.
Ostrożnie
podniosłam go zębami i położyłam na płaskim podłożu. Teraz widziałam dokładnie
piękno kulki.
Okazało
się, że ma doczepiony do siebie mały, srebrny łańcuszek. Gdy przyjrzałam się
bliżej małej kulce, o pięknych kolorach, dostrzegłam coś dziwnego. Były tam
wygrawerowane znaki. Nie było, to w moim języku, więc nie do końca wiedziałam,
co to może oznaczać.
沈黙
-
Co to oznacza? –spytałam sama sobie. Nie oczekiwałam żadnej odpowiedzi, ale mój
głos wewnętrzny jednak mnie nie zawiódł.
Milczenie…
Zaraz,
zaraz. `Milczenie`? To niemożliwe! Jak to…
Myśli
kłębiły mi się bez sensownie po głowie. Dlaczego, to się tu znalazło? To
należało do… Do… Jej imię nie chciało mi przejść przez gardło.
Do
Chimnoku…
I
głos znów zrobił to za mnie. Choć raz byłam mu wdzięczna.
Skoro
więc wisior należał do tej Chinmoku, która była przede mną, dlaczego miałabym
go nie nosić?Zgrabnie wsadziłam nos w środek łańcuszka i założyłam na szyję.
Fioletowo-granatowa kulka pięknie połyskiwała teraz pod moją głową. Podeszłam
do wielkiej ściany,gdzie lód był, jak lustro. Przejrzałam się w krzywym
odbiciu.
Nieźle…
Odwróciłam
się od lodowej ściany i zobaczyłam coś jeszcze. Na ziemi po przeciwległej
stronie,gdzie leżał wisior, dało się zauważyć coś ciemnego i podłużnego.
Podeszłam bliżej.Położyłam uszy i pochyliłam nisko łeb. Trącałam teraz to coś
nosem. Po chwili poczułam, jak coś łaskocze mnie w czubek nosa. Szybko
podniosłam głowę i psiknęłam raz, potem jeszcze raz, potem kolejne kilka razy. Co
to było? Teraz, gdy strumień powietrza skierował się na to miejsce, gdzie
leżały czarne przedmioty, one uniosły się z niebywałą lekkością w górę. Dwa
duże, czarne piórka leciały chwilę w górę,po czym opadły na ziemię, lądując
przy moich łapach. Czarne pióra? Dziwne.
Za
tobą…
Tym
razem posłuchałam głosu od razu. Coś we mnie powiedziało mi, że muszę się
odwrócić.
Tuż
przede mną stał dość duży ptak. Był czarny, a jego perłowe oczy patrzyły wprost
na mnie.
-
Widzę, że mnie znalazłaś Chinmoku-sama. – powiedział ptak. Jego głos dźwięcznie
odbijał się od ścian góry lodowej.
-
Kim jesteś?
-
Jam jest Watari-Garasu.Ale mówią na mnie Karasu.
-
Przepraszam, jak? –nie byłam wstanie słuchać samych jego słów, ale głos ptaka
był po prostu piękny. Nie wiedziałam, że można mieć aż tak czarujący wydźwięk.
Kruk
zauważył moje zagapienie się i podszedł po małej górki lodu między nami.
Zeskrobał trochę lodu szponkami i skrzydłem zaczął coś na nim kreślić.
Podeszłam bliżej, żeby zobaczyć, to robi. Z lewej i z prawej strony lodu było
`słowo`.
渡鴉 鴉
-
Zobacz. –powiedział w końcu, jak skończył pisać. – To – wskazał na pierwszy
wyraz z lewej strony – znaczy Watari-Garasu. – spojrzał na mnie. Widział, że
bardzo uważałam, gdy mówił. – To zaś – wskazał skrzydeł prawą stronę – to po
prostu Karasu.
-
Ma to jakieś znaczenie? – zapytałam. – Jak pewnie wiesz, moje imię również jest
z japońskiego i oznacza…
-
Milczenie, wiem. –przerwał mi. – Moje oznacza po prostu `kruk`. I niech tak
zostanie.
Zapadła
chwila milczenia.
-
Co cię tu sprowadza, Chinmoku? – spytał w końcu, bacznie mi się przyglądając.
-
Ja… Uciekłam od kogoś. – patrzyłam na niego, z trudem powstrzymując łzy.
-
Rozumiem. Też jestem taki. Ale ja uciekłem od rodziny.
-
Myślę, że nie jest to dobra chwila na rozmowę o tym. – powiedziałam lekko
poirytowana.
Nie
rób tego…
-
Też tak myślę, Chinmoku. A powiedz mi… - wskazał połyskującym dziobem na wisior
– skąd to masz?
-
Leżało tu. –wskazałam łbem w stronę ściany, przy której leżał wisior.
-
Dobrze, że go sama znalazłaś. I nie muszę ci chyba mówić dlaczego.
Tak
naprawdę nie wiedziałam, co to ma oznaczać, ale nie chciałam drążyć dalej. Nie
muszę przecież wszystkiego wiedzieć.
Sama
się dowiesz…
-
Pójdę już – powiedziałam po chwili milczenia. – Cieszę się, że mogłam cię
poznać, Karasu. Jesteś dla mnie teraz jak promień. – uśmiechnęłam się lekko i
wstałam. Delikatnie pochyliłam łeb, w geście szacunku i odwróciłam się od niego.
-
Ja też nie mogę tu zostać. Co ty na wspólną podróż? – to zabrzmiało, jakby od
dawna na to czekał.Jakby właśnie czekał na mnie.
-
Ale ja nie wiem dokąd zmierzam. – zamknęłam krótko temat i kierowałam się do
wyjścia. Nagle usłyszałam trzepot skrzydeł i po krótkiej chwili coś usiadło mi
na łopatkach. Szpony nie wbijały się bardzo boleśnie, więc prawie na to nie
zareagowałam.
-
Ja też nie wiem. –powiedział – Chcę po prostu się stąd wyrwać…
Nic
już nie mówiłam,po prostu wyszłam i udałam się przed siebie z towarzyszem na
plecach. Cieszyłam się w duchu, że nie idę już sama. Jednak…
-
Chinmoku! – w oddali słychać było znany głos…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz