- Umarłam? - powiedziałam pół szeptem, gdy
wróciły do mnie siły. Nie czułam już, że leże na zimnym, twardym kamieniu.
Podłoże było lekko wilgotne i miękkie, jakby było zbudowane z mchu, trawy, albo
czegoś takiego.
- Nie, malutka. - odpowiedział mi znajomy
głos. Dopiero teraz otworzyłam oczy.
Byłam w wielkim gnieździe. Siedziała w
nim ta wilczyca, która uratowała mnie przed śmiercią, jakieś młode wilczki, ja
i niezdrowo wyglądający mały Gryf. To, co uprzednio wydawało mi się mchem i
trawą było piórami ptako-podobnych istot do których najwidoczniej kiedyś
należało to gniazdo. Na śnieżnobiałych piórach wilgotną substancją okazała się
moja krew.
- Co ja tu robię? - zapytałam głupio.
Z całych sił chciałam wytężyć pamięć, ale nic to nie dało - nic nie pamiętam.
Prócz snu, który wydawał się taki prawdziwy...
- Leżysz i odpoczywasz. Przeleciał
dziś tydzień, odkąd możemy cię tu gościć.
- Ty... Tydzień?! - nie byłam
świadoma, że minęło już tak dużo czasu. Przecież Satoshi mi obiecał ratunek.
Minął tydzień, a jego tu nie ma? Dlaczego, dlaczego on mi to zrobił. Po tym
wszystkim? Znowu zaufałam komuś, kto nie nie dotrzymał mi danego słowa.
- Spokojnie, nie denerwuj się. -
powiedziała łagodnie wilczyca. - Czy mogę poznać twe imię?
- Sama nie wiem. Mówią na mnie kilkoma
imionami. Sama nie wiem, kim tak naprawdę jestem.
- Z tego co widzę, twoja krew jest
naprawdę dziwna... - podeszła bliżej, a wraz z nią małe wilczki. Bacznie
przyglądały się cieczy. - Jest czarna, ale jak przyjrzeć się bliżej, robi się
czerwona, błękitna i w końcu biała. Kim ty jesteś?! - warknęła.
- Nie wiem. - zamknęłam ponownie oczy.
Nagle dało się słyszeć w dolinie
wilka. Wycie odbijało się i spływało po kamiennych górach w doliny. Gniazdo
było na skarpie, jakieś czterdzieści metrów od dna wąwozu. Poznałam głos od
razu - Satoshi. Czyżby... Czyżby wrócił? Oczy zaszły mi cieniutką
powłoką łez. Czy to może być prawda? Myśli obijały mi się po głowie. Nie
zauważyłam przez to, że wilczyca zbliżyła się na tyle, że muskała łapą moją
sierść.
- Co robisz?! - warknęłam wstając z
ziemi. Nie wiem skąd wzięła się u mnie ta siła. Łapy mi drżały. Co się
dzieje? Pytałam cały czas siebie.
- Sprawdzam czy jesteś. Wilkiem raczej
nie. Albo jakimś dziwnym.
- ODMIENIEC! - zawył ktoś zza moich
pleców. Obróciłam się i przede mną stanął wielki wilk. Jego sierść była ciemna,
błyszczała w promieniach zachodzącego słońca. Głos niski, ale przebijający się.
Oczy, gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, zapłonęły żywym gniewem. Co
to oznaczało? Co on chce mi zrobić?
Nie musiałam długo czekać. Nie
musiałam odpowiadać sobie na pytania, bo tuż za nim pojawił się Satoshi.
- Odsuń się, Mahaki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz