Magdę rano obudziła temperatura w szałasie.
Powoli otworzyła oczy. Poczuła, że na jej twarzy siedzi jakiś owad, więc prędko
go z siebie strzepała. Uciekający skorek zniknął wśród opadłego z dachu mchu.
Uniosła się na łokciach i rozejrzała po
schronieniu. Chłopaka nie było. Wyjście było zabarykadowane tak, jak uprzedniej
nocy, więc nie mógł wyjść stąd nie pozostawiając za sobą żadnych śladów.
Dziewczyna odwróciła się na brzuch i podczołgała do wyjścia. Delikatnie pchnęła
barykadę w liści i gałązek, które blokowały wyjście i rozejrzała się. Nikogo
nie było. Wstała pospiesznie, gdy tylko jej ciało znalazło się poza szałasem.
- Jest tu ktoś? – spytała stanowczo. Nie
uzyskała jednak żadnej odpowiedzi. Wiatr cicho szumiał w koronach drzew.
Spojrzała w górę.
To co zobaczyła o mało mnie wprawiło ją w
drgawki i nie przyprawiło o wymioty.
Dwa metry nad jej głową wisiał powieszony
na haku zając z rozciętym brzuchem i jelitami na wierzchu. Muchy obsiadły całe
jego ciało. Magda poszukała szybko jakiegoś kamienia. Nie znalazła, więc
chwyciła pierwszą, lepszą gałązkę. Cisnęła nią w zwierzę, żeby odgonić natrętne
owady. Nic to jednak nie dało.
- Imikira! – wrzasnęła w głąb lasu. – Pokaż
się!
Znów odpowiedzią był tylko wiatr.
Postanowiła, że wróci do domu i wszystko
sobie przemyśli. Wiedziała, że coś jest nie tak. Najpierw jej ojciec zachowuje
się dziwnie, potem przyjaciele ją zdradzają, a
teraz to – znikający chłopak, który ratuje jej życie i zając bez
wnętrzności.
Ruszyła od razu. Czuła, że idzie w dobrym
kierunku, ale po kilkuset krokach poczuła, że coś się za nią skrada. Puściła
się pędem przed siebie. Nie wiedziała co to i nie chciała się o tym jakoś
przekonywać, się pędziła przed siebie na złamanie karku. Jej pokryta bliznami
twarz ocierała się co chwila o jakieś krzaki, bądź odstające w dziwnych
kształtach gałęzie. Ręce, posiniaczone i pocięte ratowały ja teraz nie raz
przed upadkiem. Podpierały za każdym razem, kiedy już myślała, że zaryje w
twardą i brudna ziemię. Biegła przed siebie. Nie patrzyła wstecz. Nagle zobaczyła
przed sobą małą szkółkę leśną. Skręciła za nią w lewo, potykając się o
wystający zaledwie kilka centymetrów nad ziemię pieniek. Pofrunęła kilka
metrów, po czym wylądowała na ziemi. Podniosła się szybko, gdy usłyszała, że to
coś, co się skradało za nią, nadal tam jest. Spojrzała przed siebie i
zobaczyła, że spomiędzy drzew wystaje coś, na kształt latarni, jakie są na jej
ulicy.
Na
reszcie,
pomyślała.
Serce biło jej szybko. Za szybko, jak na
nią. Starała się uspokoić, ale bieg znacznie to utrudniał. Gdy dobiegła do
latarni, wsparła się o nią, żeby zaczerpnąć choćby i najmniejszego oddechu.
Długie, czarne włosy były całe poklejone od potu, który teraz namiętnie mieszał
się z ziemią, błotem i ściółką leśną.
Przydałby
mi się prysznic,
zaśmiała się w duchu.
Gdy tylko wyglądnęła zza latarni jej oczom
ukazał się jakże znajomy widok – ulica pełna takich samych domków, każdy mający
w sobie inna tajemnicę. Gdzieś w połowie tej drogi mieszkała ona. Z ojcem,
Karem i niegdyś matką.
- Mamo, dlaczego nas opuściłaś? – powiedziała
cicho do siebie.
- Widocznie tak musiało być.
Magda aż podskoczyła ze strachu. Teraz
zwróciła uwagę, że na lewo od latarni znajdowała się stara, popękana ławeczka,
na której siedział jej ojciec. Pod nogami rodzica zobaczyła merdający ogon.
Wiedziała, że to Karo.
- Co ty tu robisz? – powiedziała z
nieukrywanym zdziwieniem.
- Jak to co? Szukaliśmy cię. Razem z... –
pociągnął za smycz, spod ławki wyszedł Karo, cały umorusany ziemią - …z tym
małym brudaskiem. – Ojciec uśmiechnął się pojednawczo. – Musisz mi wybaczyć to
wszystko, co uczyniłem. Nie wziąłem swoich leków, nie byłem sobą i… -
poczerwieniał.
- Nie chcę słuchać żadnych wyjaśnień.
Wracamy do domu. Mam dość wrażeń, jak na jeden poranek.
Mężczyzna tylko uśmiechnął się ciepło,
wstał z ławki i podszedł do córki, oddając jej smycz. Pies od razu rzucił się
na dziewczynę. Pogłaskała go, żeby się uspokoi, ale coś nagle wzbudziło jego
czujność. Postawione uszy szukały źródła w lesie. Za uszami powędrował też nos.
Zaczął niuchać coś, co musiałoby znajdować się na samym skraju lasu.
Magda poczuła, że Karo wyczuł to, co
musiało się za nią skradać.
- Chodźmy stąd. – powiedziała pospiesznie
do ojca. Pociągnęła psa za sobą, ale on zaczął ujadać.
Oboje spojrzeli w głębie lasu. Nic nie
zauważyli. Nic także nie słyszeli. Cienie drzew zrobiły się znacznie krótsze,
od kiedy Magda zwróciła uwagę na nie wcześniej.
Słońce wschodziło coraz wyżej. Wiatr jednak
nasilił się. Niebo zaczynało powoli zachodzić ciemnymi, burzowymi chmurami.
- Karo, do pana. – powiedział głośno i
stanowczo Artur, po czym poklepał dłonią po nodze. Pies nie zareagował. Coś
musiało bardzo go w tym lesie zainteresować. Magda postąpiła kilka kroków w
stronę ojca, ale Karo się nie ruszył. – Karo! – warknął ojciec i pociągnął
lekko, ale stanowczo za smycz, którą dziewczyna miała w rękach. Pies nadal
wlepiał swoje ślepia w pusty las. – Karo, rusz się, do mnie!
Pies warknął i nagle złagodniał. Jakby to,
co kryło się w lesie nagle zniknęło. Podszedł do swoich właścicieli i spojrzał
im znacząco w oczy. Najpierw w oczy Magdy, potem Artura. Dziewczyna podrapała
go za uchem i ukucnęła przy nim, żeby podrapać go po brzuchu. Pies usiadł, żeby
ułatwić swojej pani pieszczoty, które uwielbiał. Artur zbliżył się do psa i
również zaczął go drapać, ale za cel dłoni wybrał grzbiet zwierzęcia.
- Wracamy, co? – powiedziała Magda, wstając
i otrzepując kolana z brudu i ściółki.
- Jasne. – powiedział do niej łagodnie
ojciec, również się prostując. – Mam tylko nadzieję, że Karo jest tego samego
zdania. – popatrzył znacząco na psa, karcąc go wzrokiem za to, co zrobił.
Karo wstał, otrzepał się i był już gotów.
Radośnie zaszczekał, żeby powiedzieć wszystkim, że jest gotów, żeby wrócić do
domu i ruszył jako pierwszy. Zadowolona Magda, ciągnięta przez psa szła za nim,
a Artur zamykał stawkę.
Dziewczyna czuła się dziwnie. Najpierw
ojciec ją krzywdzi, a teraz to? Może
przejrzał na oczy? Wspomniał o lekach? Dlaczego nic nie wiem? Multum pytań
kłębiło się teraz w jej głowie. Nie znała odpowiedzi na żadne z nich. Miała
nadzieję, że to wszystko było tylko złym snem, że to nigdy się nie wydarzyło
naprawdę. Że nadal ją prawdziwą rodziną, teraz mającą o jednego członka więcej.A
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz