Wzgórze było bardzo strome i wysokie.
- Nie łatwo się na nie dostanę... -
powiedziałam do siebie. - No to idę.
W duchu miałam nadzieję, że nic się nie stanie
złego.
Góra była bardzo wysoka. Wystawały z niej
kamienie wielkości garnków. Wyglądały na bardzo ciężkie i wolałam je omijać. Co
jakiś czas jakiś kamlot spadał ze zbocza. Jedynym o mało nie dostałam w głowę,
tak się dziwnie odbił od podłoża.
Pokonałam już jedną czwartą drogi i wpadłam
do jakieś szczeliny w górze.
- Aaaaaa! Pomocy! - spanikowałam.
Mój głos odbił się tylko echem. Siedziałam tam
tylko chwilkę, ale dla mnie trwało to wieczność. Podeszłam do ściany lodowej
szczeliny. Popatrzyłam w górę. Do krawędzi było z dobre 20 metrów. Westchnęłam
w myślach i wbiłam pazury w ścianę i powoli zaczęłam się wspinać. Zajęło mi to
dłuższą chwilę, ale w końcu się udało.
- To było najgorsze, co mi się mogło
przydarzyć. Ale... - Zasapałam się. - Skąd lodowa szczelina w kwiecistej górze?
Możliwe, że zbliżam się do miejsca, gdzie wszyscy mają skamieniałe serca.
Po tej krótkiej wypowiedzi spojrzałam na dalszą
drogę. Było jeszcze bardzo daleko do szczytu. Nie miałam zamiaru się teraz
poddawać. Wiedziałam, że za górą jest to, czego szukam. Tam będzie ktoś... Tam
będzie Kraig, pomyślałam. On mi odpowie na wszystkie moje pytania. Musze
pamiętać, że on jest panem.
- On jest panem...
Gdy tylko wypowiedziałam te słowa zerwał się
okropny wiatr. Co chwila zmieniał kierunek, więc nie dało się mu przeciwstawić.
Raz wiał prosto w oczy, zasypując je piaskiem, a raz wiał pod ogon, jakby
ponaglając mnie pod górę.
Gdy przeszłam już połowę wysokości góry
wszystko ucichło. Nie było słychać, ani ptaków, ani innych zwierząt. Te okropny
wiatr również ustał.
- On musi wiedzieć, że już idę.
Powiedziałam do siebie i zaczęłam ostrożnie
iść dalej. Wiedziałam, że na tej górze nie jedno mnie jeszcze zaskoczy. Wolałam
się nie wystraszyć i przywidywać kolejne niespodzianki zesłane przez Los, lub
kogoś z góry.
Idąc dalej myślałam o tym, co mi się śniło,
gdzie byłam, gdy byłam tam na dole nieprzytomna. Pamiętam, że spotkałam wiele,
bardzo miło do mnie nastawionych wilków. Był też smok. Nie byłam sobie niestety
w stanie przypomnieć jak mieli na imię. Pamiętam też Lucy - małą dziewczynkę.
Hmm, może ona jest jakąś wskazówką? Może to
ona jest tą, która odpowie na moje pytania? A może to tylko moje przerośnięte
ego? Te pytania mnie szczerze zainteresowały, ale także strasznie wystraszyły.
Jeśli to coś złego? Jeśli mój los jest przesądzony?
Nie mogłam myśleć nad tym dłużej, bo przede
mną następna przeszkoda. Żywiołaki. Słyszałam kiedyś o nich. Podobno nie można
przejść obok nich obojętnie. Trzeba rozwiązać zagadkę. Podeszłam więc do nich
bliżej.
- Stój! - Rozkazał Żywiołak Ognia. Był on
wysoki, płonął. W ręku trzymał broń. Był to dość długie miecz, który również
płonął jasnopomarańczowym ogniem.
Posłusznie się zatrzymałam. Wiedziałam, że
przez chwilę nie mogę się odezwać, bo mogą to uznać za zniewagę. Nie wiem,
skąd, ale miałam przeczucie, że stanie się coś nieoczekiwanego.
- Nie możesz iść dalej. Musisz odpowiedzieć
na zadane pytanie.
- Wiem. - Odpowiedziałam pochylając głowę w
geście szacunku.
- Podnieś głowę. Wiemy, że jesteś czystego
serca i krwi, ale... - Tym razem to powiedziała postać płonąca, ale niebieskim
płomieniem. Domyślałam się, że jego żywiołem było powietrze. Jego brać wręcz
płonęła niebieskim płomieniem. Z całej postaci, co jakiś czas, `wypadało`
trochę powietrza w moją stronę. Było ono zimne i mrożące krew w żyłach. - Mamy
dla ciebie pytanie, wilku.
Nastała chwila milczenia, po czym odezwał
się Żywiołak Ziemi. Był cały jakby z ziemi. Również jego brań była z tego
materiału.
- Musisz odpowiedzieć na starożytną zagadkę
Sfinksa.
To nie będzie trudne, pomyślałam.
- Co to jest: `Co to za zwierzę, które rano
chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?`
- Człowiek. - Powiedziałam, to bez żadnego
zastanowienia się. Coś w głębi mnie powiedziało, że to dobra odpowiedź.
Nagle ziemia zaczęła się trząść. Żywiołaki
zniknęły. Co się z nimi stało? Nie miałam czasu się zastanawiać, gdyż góra
zaczęła się strasznie trząść. Udało mi się jakoś umknąć przed ogromnym głazem,
który od wstrząsów odczepił się od góry i staczał się na dół. Ja stałam mu na
przeszkodzie. Zaczęłam biec szybko coraz wyżej.
W końcu udało mi się dotrzeć na wystającą
skarpę, na której mogłam wreszcie odpocząć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz