18 sierpnia 2012

L.


Podróż zdawała się trwać wieki. Karo szedł przy nodze ojca, jakby dotarło do niego, że zrobił coś złego. Magda, idąc z głową w dół chciała zapaść się pod ziemię. Artur spoglądał co kilka kroków na córkę. Po długich minutach w milczeniu w końcu się odezwał:
- To nie twoja wina. – Poszedł bliżej, obejmując Magdę za kark. – No już, uśmiechnij się.
- Nie ma mowy – powiedziała smutno. – Przecież to była – słowo ugrzęzło jej w przełyku.
- Tak, ręka – dopowiedział. – Ale to nie ma nic wspólnego z tobą. To nie jest ani twoja ręka, ani moja, ani też pewnie kogoś, kogo znamy. Uśmiechnij się.
Magda postąpiła parę kroków do przodu, podniosła głowę i lekko wykrzywiła usta.
- Dobre i to na początek – powiedział spokojnie Artur, puszczając ją.
Karo radośnie szczeknął i pobiegł na przód. Zbliżali się do zarośli, gdzie pies znalazł rękę. Szybko atmosfera, która dopiero co zaczęła się polepszać, uległa pogorszeniu. Magdzie znowu zaczęło być słabo, kiedy przypomniała sobie obraz wychodzącego z zarośli psa z okropną rzeczą w pysku.
- No Karo – rozkazał Artur – pokaż gdzie to leżało.
Usłuchany pies wszedł w krzaki, powoli prowadząc w miejsce, z którego zabrał rękę. Idąc przez cierniste krzaki Magda wraz z ojcem bardzo poranili sobie nogi i ręce. Nie przejęli się jednak za bardzo tym faktem.
- To tutaj – powiedziała Magda, zatrzymując się przed krzewem dzikiej róży. Na roślinie były szczątki ubrania. Artur podszedł bliżej, kucnął przed różą i zabrał materiał. Wstał i odwrócił się plecami, żeby lepiej zobaczyć rzecz w promieniach słońca.
Magda podeszła jeszcze bliżej, także kucnęła, ale wstała szybciej niż by się wydawało. Odwróciła wzrok i przytuliła się do Kara, który właśnie przechodził obok. Nie chciała patrzeć na coś, co najwyraźniej leżało za krzewem.
- Tato, za różą jest… - powiedziała, wlepiając wzrok w punkt na ziemi.
Artur podszedł bliżej i zamarł. Za różą leżała reszta ciała. Tego od ręki. Było na wpół zjedzone przez robaki, a przez podziurawioną skórę na klatce piersiowej sterczały białe kości żeber. Twarz, już bez oczu dawno została obżarta przez robactwo. Zęby lśniły w powietrzu. Artur zasłonił usta, chcąc uchronić się przed wymiotami, ale nadaremnie. Odsunął się kilka długich kroków w bok i zwrócił całą zawartość żołądka, jaką miał. Uklęknął na jedno kolano, złapał się za brzuch i cała treść, jaką zjadł przed wyjściem znalazła się na ziemi.
- Uciekajmy stąd, tato… - Głos jej drżał.
Ojciec wstał, otarł usta i odwrócił się do córki. Był kompletnie blady.
- Dobrze, kochanie. Weź psa. – Artur zaczął już iść, chwiejnym krokiem, w stronę drogi.
- Karo! Chodź tutaj! – wołała, ale psa nigdzie nie było widać. – Tato, nie ma go.
- Chodź, znajdzie się.
Magda niechętnie, ale poszła za ojcem. Nie była w stanie trzeźwo myśleć, więc reagowała na wszystko, jakby znów miała jedenaście lat.

13 maja 2012

XLIX.


Stawiając pierwsze kroki za bramą szkoły nie mogła przestać myśleć o pani Tereni. Starsza kobieta wywoływała w niej jedynie pozytywne wspomnienia. Niestety, od razu kiedy zaczęła myśleć o staruszce, do głowy napłynęły jej inne myśli. Boleśniejsze. Z każdym krokiem była bliżej domu, zarazem z każdym krokiem była dalej od Giru. Pani Terenia niestety przypominała jej także o nim.
- Jak mogłeś… - powiedziała do siebie, ściskając mocniej rękojeść smyczy w dłoni, która zbielała od siły. Karo niespokojnie odwrócił łeb, żeby spojrzeć na dziewczynę.
Myśli Magdy krążyły wielkim kołem od Pani Tereni, poprzez Dawida, Anię, czy ojca. Przed nią jeszcze dwadzieścia minut drogi.
Szła ulicą, nie zważając na nadjeżdżające samochody. Karo również się nie obawiał, ciągnął smycz i właścicielkę we wszystkich kierunkach. Dźwięki ostrzegawczych klaksonów rozlegały się po ulicy. Niektórzy kierowcy byli wstrząśnięci, inni przerażeni, ale większość nie zwracała na nią uwagi. Kilka minut od domu coś przykuło uwagę Kara.
Pies zaczął ciągnąć Magdę za sobą. Mało ostrożnie wbiegł na środek ulicy, powodując przerażenie w oczach nadjeżdżających z naprzeciwka kierowców. Oba samochody jechały z nadmierną prędkością, żeby szybciej dotrzeć do celu, ale teraz, z piskiem opon, próbują opanować swoje auta. Dziewczyna nie zwróciła uwagi na samochody, które mogły ich potrącić, ale coś w głowie mówiło jej, że uczucie lęku, jakie wywołała wraz z psem wchodząc prawie pod koła. Samochody z gracją słoni minęły się, zapominając po kilku chwilach o dziewczynie.
Przeszli na drugą stronę ulicy. Karo rzucił się pędem w zarośla, które kłębiły się metrami od ulicy. Magda puściła smycz. Pies, kiedy tylko poczuł zwalniającą smycz gnał przed siebie, ile sił w łapach. Wpadł pomiędzy oset, a róże, ale nie robiło mu to większej różnicy. Gnał, jakby zobaczył najpiękniejszą i najsmaczniejszą kość na świecie. Dziewczyna podeszła pod mur zarośli, przysiadła na poboczu i spokojnie czekała na towarzysza.
Karo, przebijając się dalej, raniąc sobie boki i pysk o ostre kolce krzewów przedostał się w końcu do rzeczy, która tak przykuła jego uwagę. Szczeknął raz, po czym wziął zdobycz do pyska i zawrócił. Szedł o wiele ostrożniej. Przedmiot wisiał mu z obu stron łba, przez co często zahaczał się o kolce róż. Magda, słysząc podchodzącego psa wstała, otrzepała spodnie i już chciała zawołać psa do siebie, kiedy ujrzała rzecz w jego pysku.
- Puść to! – wrzasnęła o wiele za głośno. – Zostaw to natychmiast!
Pies jednak nie reagował. Podszedł powoli bliżej, kładąc przedmiot u stóp dziewczyny. Usiadł, dumny z siebie przed nią i szczeknął. Magda cofnęła się o krok nie wiedząc, co ma zrobić.
Przed dziewczyną leżała gnijąca, prawie naga do kości ręka. Ludzka ręka. Magdzie zbierało się na wymioty. Uczucie, którym napełniła teraz głowę rozwiało wszelkie myśli. Pani Terenia, ojciec, Giru, Ania… To już dla niej nieważne.
- Zabierz to! – Krzyknęła, zasłaniając przedramieniem usta i nos. – Zabieraj to gówno!
Karo patrzył na nią pytającym wzrokiem. Wstał i przyczłapał do dziewczyny. Krew dawno zaschła mu na sierści tworząc twardy, szkarłatny pancerz w miejscach, gdzie rany były większe. Dziewczyna nie chciała go dotknąć. Smycz wisiała luźno po lewej stronie zwierzęcia. Karo warknął i chwycił zdobyć, puszczając się pędem w stronę domu. Magda stała jak wmurowana patrząc, jak jej pies biegnie, po czym znika za zakrętem.
Pokaże to ojcu, pomyślała. Karo na pewno idzie pokazać to ojcu…
Po kilku długich sekundach biegiem puściła się do domu. Biegła dobrych parę minut męcząc się za zakrętem, gdzie zniknął Karo. Prosta droga na domu. Droga przez mękę.
Doszła do domu z niespokojnym oddechem. Ojciec siedział na schodach przed drzwiami frontowymi. Głaskał psa, który z wywalonym jęzorem patrzył na zdobycz.
- Chyba musisz mi coś wyjaśnić, młoda panno… - powiedział poważnie wstając.
- Ojcze, nie wiem co myślisz, ale… - urwała. Zaplątała się we własnych myślach.
- Niech cię to nie obchodzi. – Głos Artura stawał się coraz poważniejszy. Magda obawiała się najgorszego. – Pokaż mi, gdzie to znalazł.
Po krótkiej chwili zastanowienia zgodziła się zaprowadzić ojca w miejsce, gdzie wszystkie myśli zaczęły się plątać, a rozsądek schował się wśród krzewów róż i ostu.

XLVIII.


Nowy dzień zaczął się od pakowania rzeczy. Magda brała tylko to, co będzie jej najbardziej potrzebne. Artur nie wiedział, co może mu się przydać, więc pakował do toreb wszystko, co podrzuciło mu się pod ręce. Karo biegał po mieszkaniu jak oszalały szczekając i merdając ogonem z podniecenia. W końcu udało im zapakować rzeczy osobiste.
Magda zeszła na dół, zanosząc plecaki do salonu.
- Tato! – zawołała.
- Co się stało? – Artur wyszedł ze swojej sypialni.
- Pakujemy się i w ogóle… Ale gdzie będziemy mieszkać?
Pytanie nie zaskoczyło Artura. Wiedział, że nic córka nic nie wiedziała o tym, że kilka miast obok ma on wielką willę, którą miał przepisać Magdzie, kiedy dorośnie.
- Niespodzianka. Ale spokojnie, wszystko jest załatwione – uśmiechnął się.  – Nie będziemy mieszkać pod mostem – zaśmiał się.
- No to okej. Bo nie wiedziałam, że gdzieś już szukałeś domu dla nas. W ogóle to… - zawahała się – nie jest ci z tym źle, że wyjeżdżamy z tego miasta?
Pytanie brzmiało długo w głowie Artura. Z początku chciał powiedzieć, że wewnętrznie cierpi, że musi wyjechać z miejsca, w którym poznał Lilę.
- Nie – powiedział krótko, po czym poszedł do siebie.
Dziwne, pomyślała. Karo jednak wyciągnął ją z przemyśleń, przynosząc smycz i kładąc ją na jej kolanach. Szczeknął raz, po czym spojrzał Magdzie w oczy. Błysk, jaki tam zobaczyła, od razu zwrócił jej uwagę. Postanowiła wyjść z Karem na spacer. Założyła psu smycz, podeszła do drzwi, nacisnęła klamkę, wtem usłyszała, że ojciec ją woła.
- Co się stało? – wykrzyczała, cofając rękę od klamki i odwracając się w stronę wołającego.
- Widzę, ze wychodzisz, to idź zanieść papiery do szkoły, że się przenosisz. – Wyciągnął z koperty, którą trzymał w ręku coś, co wyglądało jak malutki pakunek. Był to w rzeczywistości bloczek kartek, na której było coś zapisane. Wyrwał pierwszą schował do kieszeni. Pozostałe podał córce. – Idź i daj to swojej pani dyrektor.
- Dobrze. Wezmę jeszcze Kara na spacer.
- Idźcie razem. I spokojnie możesz wejść z nim do szkoły – mówiąc to, odwrócił się od Magdy i poszedł kończyć pakować swoje rzeczy.
Dziewczyna posłusznie schowała kartki do kieszeni, nie patrząc, co jest na nich napisane i wyszła z domu.

Całą drogę myślała o tym, co będzie, jeśli spotka kogoś ze swojej klasy. O Dawida i Anią się nie martwiła. Wiedziała, że nic jej nie zrobią. Nawet, jeśli byłaby to ostatnia rzecz, jaką oni wspólnie mieliby zrobić. Magda wiedziała teraz, że zarówno Dawid, jak i Ania nie będą z chęcią z nić rozmawiać. A o żegnaniu się, to nie ma nawet mowy.
Podchodząc pod bramę szkoły czuła się nieswojo. Ostatni raz będzie widziała ten budynek. Z jednej strony było jej lepiej, ale z drugiej się nie cieszyła z wyjazdu. Całą historię jej życia można było wpisać w historię tego miasta. Do tych budynków, w których bywała, w których spędzała czas. Uczucie pustki minęło bardzo szybko. Karo ciągnął ją coraz mocniej, żeby tylko mieć to już za sobą.
Boisko wyglądało jak zwykle. Parki spieszące się do szkoły, siedzące pod murami. Grupki przechadzające się po płycie boiska. Magda pospieszyła do drzwi. Weszła do szkoły, razem z psem tak, jak mówił jej ojciec. Pomaszerowała od razu do sekretariatu.
Weszła bez pukania. Przed nią stało wielkie, dębowe biurko, za którym siedziała pani dyrektor.
- Co się stało… Co tu robi ten pies?! – wydarła się, wstając z miejsca.
- Spokojnie, on jest grzeczny. Mam dla pani coś od ojca. – Wyciągnęła z kieszeni bloczek kartek i podała go nauczycielce. Zamknęła za sobą drzwi, żeby nikt już nie przeszkadzał.
Nauczycielka usiadła z powrotem na miejscu, czytając liścik:

Proszę o wykreślenie Magdy z listy uczniów tej szkoły, ponieważ zachowanie ludzi do niej uczęszczających zakrawa na kpinę. Są to osoby nieodpowiedzialne, nędznie udające przyjaciół. Sam poziom szkoły jest na dobry, ale nie liczy się sama nauka…
Z poważaniem, ojciec Magdy,
Artur Arnet.

Dyrektorka nie mogła uwierzyć w to, co przeczytała. Patrzyła tępo w kartkę.
- Wyjdź – powiedziała cicho, będą nadal w szoku.
- Nic nie muszę podpisywać?
- Uciekaj już stąd, dziewczyno. I zabierz tę bestię z mojego gabinetu! – wydała się dyrektorka.
- Spokojnie, proszę pani, Karo nic nikomu nie zrobi. To dobry pies – pogłaskała zwierzaka po głowie.
Karo siedział spokojnie, spoglądając to na podłogę, to na dyrektorkę. Magda odwróciła się na pięcie i kroczyła w stronę drzwi. Pies wstał, szczeknął i wyszedł za dziewczyną, która była już za drzwiami. Dyrektorka coś jeszcze mówiła, ale Magda zamknęła drzwi za sobą, żeby nie słyszeć tych bzdur.
Idąc korytarzem rozglądała się, co po sobie zostawia. Odrapane mury i ściany, krzesła, znajomych i panią Terenię. Niewiele myśląc podeszła do portierni, żeby ostatni raz pozamieniać słowa z ulubioną osobą z personelu szkolnego.
- Jak się cieszę, że panią widzę – powiedziała dość wesoło.
- Ja ciebie też, słoneczko. Jak wam się układa z Dawidem? Pamiętam jeszcze, jak pierwszego dnia szkoły trzymaliście się za rękę. – Posłała dziewczynie oczko.
- Nie jesteśmy razem, a on już nawet nie jest moim przyjacielem. To długa historia… - spuściła głowę, żeby nie było widać, jak bardzo jest wkurzona na Dawida za to, co jej zrobił.
- Ojeja! Nie wiedziałam. Przepraszam, kruszynko.
- Nic nie szkodzi, proszę pani.
Staruszka spojrzała na nią z zainteresowaniem.
- Chyba nie to przyszłaś mi powiedzieć, prawda?
- Ano nie to… - oczy znów zrównały się z oczami pani Tereni. – Wyprowadzam się, więc przyszłam się pożegnać. Będę o pani zawsze pamiętać. Wtedy, jak pierwszy raz chciałam pani pomóc i w ogóle… Za te wspólnie spędzone lata. Bardzo dziękuję za wszystko.
Panią Terenię zamurowało. Otworzyła tylko usta, ale nic nie mogła powiedzieć. Karo szczeknął, więc staruszka ocknęła się z szoku. Wstała i wychyliła się, żeby zobaczyć, co wydało ten odgłos.
- Śliczny pies. Jak się wabi? – zmieniła temat.
- Karo.
- Mam nadzieję, że cię będzie pilnował, dziecino. Masz tutaj mój adres – podaje jej małą kartkę, zapisaną charakterystycznym pismem – napisz do mnie, jak się już zakwaterujecie, dobrze?
- Oczywiście proszę pani. – Kartkę schowała do kieszeni. – Będę już uciekać. Obiecuję, że kiedyś panią jeszcze odwiedzę.
Odwróciła się w stronę wyjścia, ale usłyszała odsuwające się krzesło i poczuła, że ktoś się do niej zbliżył. Pani Terenia przytuliła się mocno do dziewczyny.
- Trzymaj się mocno.
Magda poczuła, że coś kapie jej na ramię. Odwróciła się na pięcie, powoli, żeby nie wystraszyć kobiety. To co zobaczyła zabolało ją bardzo. Dziewczyna puściła smycz i pędem przytuliła staruszkę do siebie. Karo wyszedł przed budynek szkoły i usiadł przed wejściem. Pani Terenia była tak zapłakana, że łzy leciały wręcz ciurkiem po jej policzkach.
- Dlaczego pani płacze? – zapytała Magda, po dłuższej chwili milczenia.
- Byłaś dla mnie naj… Wróć! Jesteś dla mnie naprawdę ważną osobą. Tyle razem przeszłyśmy. Jeszcze z Dawidem… Wszystko teraz będzie w mojej pamięci. I tylko tam. Nie mam zamiaru się z nikim dzielić tym, co przeżyłam. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy, kruszyno.
Staruszka puściła Magdę, wręcz odpychając ją od siebie. Weszła z powrotem do kantorka i zamknęła za sobą drzwi. Nie patrzyła już na dziewczynę, tylko w podłogę. Ciężkie łzy kapały z jej twarzy. Magda nie wiedziała co ma robić. Zapukała w szybę.
- Nigdy o pani nie zapomnę – powiedziała pewnie, kiedy staruszka podniosła na nią wzrok. Odwróciła się i wyszła ze szkoły. Chwyciła w rękę smycz, która walała się po ziemi. Z ciężkim sercem i głową pełna myśli wróciła do domu…

XLVII.


Po powrocie do domu, pierwsze co zrobiła, to poszła się umyć. Dwadzieścia minut później była już czysta, przebrana i siedziała na kanapie w salonie.
- Co tam, Młoda?
Artur podszedł niezauważenie do kanapy. Miał przed sobą tacę, na której były dwa wysokie kubki. Zniżył tacę na wysokość Magdy oczu, po czym dziewczyna wzięła czarny kubek z diabełkiem.
- Nic się nie dzieje. Cieszę się, że jestem w końcu w domu. – uśmiechnęła się.
Ojciec usiadł obok niej, zabrał zielony kubek w liście i położył tacę na stoliku przed nimi.
- Powiedz mi… - zaczął – jak to się stało, że tak się oddaliliśmy?
Zegar wybił właśnie pełną godzinę. Magda spojrzała na ścianę, gdzie owy zegar wisiał. Siedemnasta. Dlaczego ojciec nie jest w pracy?
- Wiesz… - niepewność w głowie wzięła górę – ja… Nie wiem. Może coś się stało ze mną, po tym jak oni mnie zdradzili, głupie stworzenia.
- Co? Kto? – Artur zdziwił się tym, co powiedziała Magda. Nadal sądził, że najlepszą paczką, jaką można byłby sobie wymarzyć była właśnie paczka złożona z jego córki, Dawida i jakiejś koleżanki z klasy. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
- Bo się oddaliliśmy.
Beznamiętny ton głosu zdradził jej wściekłość. Nie dziwiło to jednak Artura.
Przez jego głowę przewijał się teraz film z jego życia. Wszystko zwolniło przy tym, jak Lilianna umarła. Nie wiedział, czy da radę z małą Magdą, która ciągnęła do szczęśliwego życia mimo wszystko. Wiedział, że da z siebie wszystko, żeby zapewnić jej dostatni dom, ale…
- O czym myślisz? – powiedziała głośniej dziewczyna, upijając łyk ciepłego kakała. – Widzę, że się zamyśliłeś.
- A tak. To nic. – Jedyne, na co go teraz było stać, to ciepły uśmiech.
Nagle słychać dzwonek do drzwi. Karo poleciał już szczekać pod wejście.
- Karo, cicho! Pójdę otworzyć. – zwrócił się do Magdy.
Ojciec wstał, odstawiając na stół kubek z mlekiem czekoladowym i pomaszerował do drzwi. Pogłaskał psa, chwycił go za obrożę i powoli otworzył drzwi. Jego oczom ukazała się para osób – Dawid i Ania.
- Dzień dobry – powiedział Dawid. – Przyszliśmy zobaczyć, co się dzieje z Magdą. Martwimy się.
Magda słysząc kłamstwo wstała i poszła do swojego pokoju na piętrze. Głośno zamknęła za sobą drzwi.
- Widzicie… nie jest w humorze. Może przyjdźcie innym razem, co? – Artur próbował delikatnie powiedzieć im, że mają sobie iść.
- Ale my tylko na chwilę. – Dawid wepchnął się do domu. – Obiecuję, że nie zabalujemy do nocy.
Ania poszła w jego ślady. Ojciec dziewczyny, stojąc osłupiały arogancją chłopaka w drzwiach, zamknął je,  po czym puścił psa. Czuję, że Magda mnie kiedyś za to znienawidzi, pomyślał.
Karo pobiegł szybko na górę, mijając parkę, która idąc po schodach trzymała się jeszcze za rękę. Dopiero przed zapukaniem do drzwi ich ręce się rozstały. Dawid zapukał:
- Magda… Magda, jesteś tam?
- Jestem, już otwieram.
Powoli było słychać dźwięk otwieranego zamka. Kiedy dźwięk ucichł, Dawid nacisnął na klamkę. Popchnął drzwi, które bardzo płynnie ustąpiły. Zrobił krok do przodu i zaczął z uśmiechniętą twarzą:
- No siemka! My tu w odwiedziny przychodzimy, a ty…
Pierwsze, co Dawid zobaczył po otwarciu drzwi był wielki i ciężki kij baseballowy, który z gracją cegły przygrzmocił mu w twarz. Magda zamachnęła się tak mocno, że zaraz po uderzeniu kij wypadł jej z rąk.
- Palancie jebany! Masz czelność tu jeszcze przychodzić?! Wypierdalaj stąd!
Od dziewczyny biła wściekłość. Spała, bo włożyła w uderzenie prawie całą swoją siłę. Dawid leżał na ziemi i kulał się z bólu. Łapał się za twarz, chciał się podnieść, ale Magda przygniotła go nogą do ziemi. Ania stała jak wryta patrząc na całą sytuację. Sparaliżowana strachem nie zauważyła, że Karo zaczyna obgryzać jej wiszące paski od plecaka.
- A ty to co, zdziro? – Magda oparła się o futrynę z trumfem. – Chcesz jeszcze coś powiedzieć?
Ania nie mogła wydusić z siebie słowa. Zeszła więc kilka schodów niżej, ale potknęła się o Kara, który stał na schodach i runęła na dół.
Magda przewróciła Dawida na plecy, żeby mogła spojrzeć mu w twarz. Zobaczyła, że ma rozciętą wargę i krwotok z nosa. Chłopak spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. Magda przykucnęła obok głowy Dawida i powiedziała spokojnym głosem:
- Zejdź mi z oczu, łazęgo.
Tak szybko, jak tylko dziewczyna skończyła zdanie, Dawid podniósł się i uciekł w dół, wylatując z domu na ulicę. Nie zwracał uwagi na Anię, która minutkę później wybiegła za nim, krzycząc, że ma się zatrzymać. Artur, który cały czas stał przy drzwiach, zamknął je teraz spokojnie i spojrzał na Magdę.
- Wiesz… Chyba musimy poszukać nowego miasta dla nas – powiedział uśmiechając się szczerze do niej.
Magda wiedziała, że i tak prędzej, czy później będą musieli się wyprowadzić, a to był idealny powód, żeby zostawić już tu te stare śmieci i ruszyć dalej.

XLVI.


Magdę rano obudziła temperatura w szałasie. Powoli otworzyła oczy. Poczuła, że na jej twarzy siedzi jakiś owad, więc prędko go z siebie strzepała. Uciekający skorek zniknął wśród opadłego z dachu mchu.
Uniosła się na łokciach i rozejrzała po schronieniu. Chłopaka nie było. Wyjście było zabarykadowane tak, jak uprzedniej nocy, więc nie mógł wyjść stąd nie pozostawiając za sobą żadnych śladów. Dziewczyna odwróciła się na brzuch i podczołgała do wyjścia. Delikatnie pchnęła barykadę w liści i gałązek, które blokowały wyjście i rozejrzała się. Nikogo nie było. Wstała pospiesznie, gdy tylko jej ciało znalazło się poza szałasem.
- Jest tu ktoś? – spytała stanowczo. Nie uzyskała jednak żadnej odpowiedzi. Wiatr cicho szumiał w koronach drzew. Spojrzała w górę.
To co zobaczyła o mało mnie wprawiło ją w drgawki i nie przyprawiło o wymioty.
Dwa metry nad jej głową wisiał powieszony na haku zając z rozciętym brzuchem i jelitami na wierzchu. Muchy obsiadły całe jego ciało. Magda poszukała szybko jakiegoś kamienia. Nie znalazła, więc chwyciła pierwszą, lepszą gałązkę. Cisnęła nią w zwierzę, żeby odgonić natrętne owady. Nic to jednak nie dało.
- Imikira! – wrzasnęła w głąb lasu. – Pokaż się!
Znów odpowiedzią był tylko wiatr.
Postanowiła, że wróci do domu i wszystko sobie przemyśli. Wiedziała, że coś jest nie tak. Najpierw jej ojciec zachowuje się dziwnie, potem przyjaciele ją zdradzają, a  teraz to – znikający chłopak, który ratuje jej życie i zając bez wnętrzności.
Ruszyła od razu. Czuła, że idzie w dobrym kierunku, ale po kilkuset krokach poczuła, że coś się za nią skrada. Puściła się pędem przed siebie. Nie wiedziała co to i nie chciała się o tym jakoś przekonywać, się pędziła przed siebie na złamanie karku. Jej pokryta bliznami twarz ocierała się co chwila o jakieś krzaki, bądź odstające w dziwnych kształtach gałęzie. Ręce, posiniaczone i pocięte ratowały ja teraz nie raz przed upadkiem. Podpierały za każdym razem, kiedy już myślała, że zaryje w twardą i brudna ziemię. Biegła przed siebie. Nie patrzyła wstecz. Nagle zobaczyła przed sobą małą szkółkę leśną. Skręciła za nią w lewo, potykając się o wystający zaledwie kilka centymetrów nad ziemię pieniek. Pofrunęła kilka metrów, po czym wylądowała na ziemi. Podniosła się szybko, gdy usłyszała, że to coś, co się skradało za nią, nadal tam jest. Spojrzała przed siebie i zobaczyła, że spomiędzy drzew wystaje coś, na kształt latarni, jakie są na jej ulicy.
Na reszcie, pomyślała.
Serce biło jej szybko. Za szybko, jak na nią. Starała się uspokoić, ale bieg znacznie to utrudniał. Gdy dobiegła do latarni, wsparła się o nią, żeby zaczerpnąć choćby i najmniejszego oddechu. Długie, czarne włosy były całe poklejone od potu, który teraz namiętnie mieszał się z ziemią, błotem i ściółką leśną.
Przydałby mi się prysznic, zaśmiała się w duchu.
Gdy tylko wyglądnęła zza latarni jej oczom ukazał się jakże znajomy widok – ulica pełna takich samych domków, każdy mający w sobie inna tajemnicę. Gdzieś w połowie tej drogi mieszkała ona. Z ojcem, Karem i niegdyś matką.
- Mamo, dlaczego nas opuściłaś? – powiedziała cicho do siebie.
- Widocznie tak musiało być.
Magda aż podskoczyła ze strachu. Teraz zwróciła uwagę, że na lewo od latarni znajdowała się stara, popękana ławeczka, na której siedział jej ojciec. Pod nogami rodzica zobaczyła merdający ogon. Wiedziała, że to Karo.
- Co ty tu robisz? – powiedziała z nieukrywanym zdziwieniem.
- Jak to co? Szukaliśmy cię. Razem z... – pociągnął za smycz, spod ławki wyszedł Karo, cały umorusany ziemią - …z tym małym brudaskiem. – Ojciec uśmiechnął się pojednawczo. – Musisz mi wybaczyć to wszystko, co uczyniłem. Nie wziąłem swoich leków, nie byłem sobą i… - poczerwieniał.
- Nie chcę słuchać żadnych wyjaśnień. Wracamy do domu. Mam dość wrażeń, jak na jeden poranek.
Mężczyzna tylko uśmiechnął się ciepło, wstał z ławki i podszedł do córki, oddając jej smycz. Pies od razu rzucił się na dziewczynę. Pogłaskała go, żeby się uspokoi, ale coś nagle wzbudziło jego czujność. Postawione uszy szukały źródła w lesie. Za uszami powędrował też nos. Zaczął niuchać coś, co musiałoby znajdować się na samym skraju lasu.
Magda poczuła, że Karo wyczuł to, co musiało się za nią skradać.
- Chodźmy stąd. – powiedziała pospiesznie do ojca. Pociągnęła psa za sobą, ale on zaczął ujadać.
Oboje spojrzeli w głębie lasu. Nic nie zauważyli. Nic także nie słyszeli. Cienie drzew zrobiły się znacznie krótsze, od kiedy Magda zwróciła uwagę na nie wcześniej.
Słońce wschodziło coraz wyżej. Wiatr jednak nasilił się. Niebo zaczynało powoli zachodzić ciemnymi, burzowymi chmurami.
- Karo, do pana. – powiedział głośno i stanowczo Artur, po czym poklepał dłonią po nodze. Pies nie zareagował. Coś musiało bardzo go w tym lesie zainteresować. Magda postąpiła kilka kroków w stronę ojca, ale Karo się nie ruszył. – Karo! – warknął ojciec i pociągnął lekko, ale stanowczo za smycz, którą dziewczyna miała w rękach. Pies nadal wlepiał swoje ślepia w pusty las. – Karo, rusz się, do mnie!
Pies warknął i nagle złagodniał. Jakby to, co kryło się w lesie nagle zniknęło. Podszedł do swoich właścicieli i spojrzał im znacząco w oczy. Najpierw w oczy Magdy, potem Artura. Dziewczyna podrapała go za uchem i ukucnęła przy nim, żeby podrapać go po brzuchu. Pies usiadł, żeby ułatwić swojej pani pieszczoty, które uwielbiał. Artur zbliżył się do psa i również zaczął go drapać, ale za cel dłoni wybrał grzbiet zwierzęcia.
- Wracamy, co? – powiedziała Magda, wstając i otrzepując kolana z brudu i ściółki.
- Jasne. – powiedział do niej łagodnie ojciec, również się prostując. – Mam tylko nadzieję, że Karo jest tego samego zdania. – popatrzył znacząco na psa, karcąc go wzrokiem za to, co zrobił.
Karo wstał, otrzepał się i był już gotów. Radośnie zaszczekał, żeby powiedzieć wszystkim, że jest gotów, żeby wrócić do domu i ruszył jako pierwszy. Zadowolona Magda, ciągnięta przez psa szła za nim, a Artur zamykał stawkę.
Dziewczyna czuła się dziwnie. Najpierw ojciec ją krzywdzi, a teraz to? Może przejrzał na oczy? Wspomniał o lekach? Dlaczego nic nie wiem? Multum pytań kłębiło się teraz w jej głowie. Nie znała odpowiedzi na żadne z nich. Miała nadzieję, że to wszystko było tylko złym snem, że to nigdy się nie wydarzyło naprawdę. Że nadal ją prawdziwą rodziną, teraz mającą o jednego członka więcej.A

XLV.


Las szumiał im w uszach. Liście przetaczały się po ściółce. Mech pod rękoma był zimny i mokry. Magda czuła się lepiej. Dźwięki lasu, przyjaciel obok, żadnych trosk, nieprzyjemności. Po prosu czuła się, jak w raju. Karo przysiadł obok na chwilę, ale wstał szybko, goniąc za padalcem, który przeszedł dość blisko glanów dziewczyny.
- Zostaw go, mały. – powiedziała spokojnie. – Nic nam nie zrobi. – uśmiechnęła się i pochyliła nad jaszczurką. Wzięła go na ręce.
Zwierze wiło się po dłoniach, jak wąż. Czuła każdą łuskę ocierającą się o skórę. Miłe uczucie, pomyślała. Po chwili wypuściła go na ziemię, po czym wstała wycierając ręce w spodnie. Karo stał zaciekawiony, patrząc na oddającego się gada. Jedno ucho psa nagle odwróciło się, nasłuchując. Później obrócił całą głowę i w końcu całego siebie. Zaczął wściekle ujadać na coś, co znajdowało się na nimi. Magda stanęła bokiem do obiektu, który był źródłem wściekłości psa, obróciła głowę i jej oczom pokazał się widok, jakiego oczekiwała. Artur.
- Wybacz mi kochanie. Ja… Ja naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić. – ojciec dziewczyny podchodził coraz bliżej.
- Nie zbliżaj się. – powiedziała szybko. Mężczyzna zatrzymał się w miejscu.
Pies postąpił kilka kroków naprzód. Artur cofnął się o krok.
- Trzymaj psa, proszę. Nie chcę wam nic zrobić. Proszę, Madziu… - rozłożył ręce w obronnym geście.
- A co będzie, jak nie wrócimy? Zawiodłeś nas. Mnie i jego. – pokazała dłonią w stronę Kara. – Myślisz, że on nie ma ci tego za złe? Przecież uciekł. Dlaczego wolisz ten głupi instrument od nas? – pytania ciągnęły się za nią, jak nitka z poprutego swetra. Nie mogła spleść sensownego zdania. Wszystko zaczęło się kłębić i zapętlać. Czuła, jak zapada się w sobie.
Serce biło coraz wolniej. Krew, zastygła już na policzkach znów się rozgrzała. Powoli spływające strugi szkarłatu dotykały kołnierzyka. Sekundy ciągnęły się nieubłaganie. Zamknęła na moment zmęczone oczy. Gdy je otworzyła ojca nie było już przed nią. Świat zaszedł ją mgłą, kiedy tylko ruszyła głową w bok. Złapała rękoma głowę, jakby miała jej za chwilę odpaść. Ból był nie do zniesienia. Pies zaczął skomleć.
- Magda, coś ci jest? – usłyszała głos zza siebie. Odwróciła się, ale było za późno, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Ciężka belka uderzyła ją prosto w ucho. Siła uderzenia była tak wielka, że poszybowała kilka metrów, po czym spadła na ściółkę, nieprzytomna.


Ból głowy rozsadzał jej czaszkę. Poczuła, że wszystkie rany na twarzy, jakie przyniosła ze sobą ze szkoły, było otwarte i sączyła się z nich krew.
- Dzielna jesteś, mała. – powiedział chłopak, siedzący tyłem do niej. Długie, lokowane włosy opadały ma na ramiona.
- Życie mnie nauczyło. Kim jesteś? – powiedziała do nieznajomego. Usiadła i uderzyła się w coś głową. – Au. – spojrzała nad siebie. Była w szałasie. To, co wbiło jej się w głowę, to po prostu gałąź.
- Uważaj na główkę. – zaśmiał się. – Nie martw się, jestem przyjacielem. Nie wrogiem. O nie, na pewno nie wrogiem. – Magda zauważyła, że zamknął nóż, który trzymał w rękach, a teraz chowa go do kieszeni. – Wyjdźmy stąd. Słońce zaszło, więc nie musisz się o nic martwić.
- Gdzie jest mój pies? – zmieniła szybko ton wypowiedzi.
- Pies? Ahh tak. Ten człowiek, który cię zaatakował go zabrał. Strasznie mu na nim zależało. W oczach tego kolesia było widać czyste szaleństwo. Nie zazdroszczę, a nawet współczuję temu, dla kogo ten cham jest ojcem. – chłopak wyszedł z szałasu.
- Nie chcę nic mówić, ale… - powiedziała cicho. Spuściła szybko oczy w dół.
- Mówiłaś coś?
- Nie, absolutnie nic.
Chłopka poprowadził ją głosem do wyjścia z szałasu. Noc była piękna. Nadal byli w lesie, tyle że o wiele, wiele głębiej. Magda bardzo chciała wiedzieć, kim jest ten człowiek. Ponowiła więc pytanie o jego tożsamość.
- Mów mi na razie Imikira. Więcej ci nie trzeba, słonko. – spokojnie odpowiedział. Zachowywał się tak, jakby znał Magdę od lat. – Ty nie znasz mnie, ale ja znam ciebie. Dużo tajemnic, co?
- Tak, to prawda. – przytaknęła.
To wszystko jest jak sen, pomyślała. Dlaczego znowu jestem sama? Nie dość, że matka zmarła tak wcześnie, to jeszcze ojciec oszalał. A Karo? Kochany pies. Co ja teraz zrobię? Znowu sama.
Poczuła, że powoli pękają w niej emocje. Wielki, kamienny mur na sercu zaczyna pękać, łamać się. Kawałek po kawałku spadają części muru na powierzchnię serca, która zaczyna krwawić z bólu. Nie będzie płakać. O nie. Tego by było za wiele. Nie uroni łzy, bo znowu jest sama. Nie. Da sobie radę, jak zawsze. I to sama. Zrobiło jej się tylko smutno, bo straciła Kara. Przyjaciela.
A Dawid? Ania? Co z nimi?
Dopiero teraz sobie o nich przypomniała.
- Gdyby byli prawdziwi, to już by tu byli. Nie oszukujmy się. – Imikira podszedł do niej i mocno przytulił od tyłu. – Mam coś, co pomoże ci ich i mnie zrozumieć. – Jedną rękę nadal miał na barkach dziewczyny, a drugą sięgnął po coś do kieszeni. Podał jej plik jakichś kartek. Zdjęcia.
Wzięła je do rąk. Chłopak odsunął się trochę i usiadł na ziemi, bokiem do niej.
Zdjęć było ponad dwadzieścia. Na każdym byli jej przyjaciele. Dawid i Ania. I zawsze byli radośni, uśmiechnięci i zadowoleni. Jednak to nie wzbudziło w niej żadnej reakcji. Przecież wiedzieli, że Magda do siebie radę. Coś jednak zaniepokoiło dziewczynę przy ostatnim zdjęciu. Przedstawiało ono zdjęcie kartki papieru. Liścik z lekcji, pomyślała. Nic jednak nie mogła przeczytać.
- Co jest na ostatnim zdjęciu? Nie mogę przeczytać.
- Dlatego wyciągnąłem go z kosza, jak już skończyli. – wyciągnął nogi i wsadził rękę do kieszeni. Z jeansów wyciągnął pognieciony kawałek papieru. – Proszę, czytaj. Poznaj prawdę o swoich przyjaciołach.
Karta rzucona przez chłopaka spadła dokładnie między glany Magdy. Podniosła ją i usiadła na ziemi po turecku. Odwinęła papier. Charaktery pisma się zgadzały. Zaczęła czytać.
Jak tam?
Martwie sie o Magde.
Zostaw te szmate. Nie widzisz, ze sciemnia wykorzystuje Cie, jak tylko sie da?!
Co ty pieprzysz?!?!?! To najlepsza osoba jaka znam..
Kłam sobie, kłam. Ma ojca szajbusa, sama tez jest chora psychicznie. Widziałam, jak psychopatycznie patrzyła na ciebie. Wez sie ogarnij kochanie. To ja cie kocham! JA!
Wszystko… To prawda? Myslalem, ze klamia! Ale to prawda?! Wiesz co, przyznam sie. Przebywalem z nia po to, zeby jej bylo milo, a przy okazji mialem darmowe zaproszenia na obiady itd. Mmm, jej stary wysmienicie gotuje.
Olac kuchnie. Ona cie olała, a ja cie kocham!!! Ciebie i nikogo wiecej. Jestes naprawde wspaniały…
Ja… Ja nie wiem co powiedziec, ale… Tez cie kocham, Aniu. Od samego poczatku wpadlas mi w oko.
Zostawiamy ja?
Tak. Niech sobie gnije.
Hahaha… Idziemy do niej dla niepoznaki po szkole?
Mta, Trza by bylo sie przywitac.
Nie czytała już dalej. Zawiodła się nawet na kimś, kogo znała praktycznie całe życie.
- Skąd to wszystko masz? – powiedziała do chłopaka, który wiedział, że Magda nie okaże emocji.
- Ze szkoły. Twojej. Ukradłem, można powiedzieć. Dlaczego? Bo wiem, jak to jest kogoś stracić. A teraz ładuj się do szałasu. Już bardzo późno. Słońca prawie nie ma, więc idziemy spać.
Posłusznie weszła do szałasu, będąc jeszcze w szoku. Dlaczego oni mi to robią? Co ja im zrobiłam? Kim ja do cholery jestem!
Imikira wskazał jej miejsce, w którym powinna się położyć. Grzecznie poległa na ciepły mech.
- Jutro wszystko się wyjaśni… - powiedział, zasłaniając wejście do szałasu. Nastała kompletna ciemność…

XLIV.


Od początku czuła, że coś jest nie tak. Ojciec przecież nigdy wcześniej nie uderzył. Nawet, w formie żartu. Czuła, że coś jest nie tak. Do tego ten pies…
- Dlaczego… Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała, cofając rękę od instrumentu.
- Ja nic nie zrobiłem! – wrzasnął, nie patrząc na córkę. – Po prostu go nie dotykaj. Nie masz prawa.
Czuła się zagubiona. Nie chciała owijać w bawełnę, więc spytała ojca wprost:
- Czy wolisz bardziej towarzystwo tego instrumentu, niż moje? – czekała na odpowiedź. Minęło kilka sekund, które dla Magdy dłużyły się niesamowicie. – Odpowiedz! – powiedziała głośniej i bardziej stanowczo.
Reakcja Artura była natychmiastowa. Zamachnął się tak mocno, że dwie rany, jakie Magda miała na twarzy otworzyły się i znów pociekła z nich ciepła, cierpka, czerwona krew. Dziewczyna zawyła z bólu. Przy uderzeniu cofnęła się o kilka kroków, zamknęła oczy. Potknęła się o leżący na ziemi koc, który ojciec musiał porzucić, przy wielkim zafascynowaniu pianinem, po czym wywróciła się, padając plecami wprost na kant kanapy. Niby była tam poduszka, ale dotkliwie odczuła deskę, która znajdowała się pod poduszkami. Będzie siniak, pomyślała. Powoli wstała i spojrzała na ojca. On tylko się zaśmiał i wrócił do pianina.
- Ono jest dla ciebie całym światem?! Co ci odbiło, OJCZE! – bardzo mocno nacisnęła na ostatnie słowo zdania. Myślałam, że może Artur jest w jakimś transie, że może coś się stało. Może się obudzi, jak dotrze do niego, co zrobił.
- Oczywiście, że tak. Myślisz, że po co sprzedałem to, co było w twojej szafie? Wszystkie graty poszły na to piękne cacko. Czy to nie uczciwa wymiana? – mówił jak psychopata.
- KIM TY JESTEŚ?! – wrzasnęła i pobiegła do pokoju.
Po wbiegnięciu po schodach zauważyła, że Karo skomli przy kojcu. Podbiegła najpierw do niego. Nie mogła patrzeć, jak jakiekolwiek zwierze się marnuje. Wzięła malucha na ręce.
- Spokojnie, przejdzie mu. – przy pochylaniu się musiała mocno zacisnąć zęby, żeby nie było słychać, jak bardzo cierpi. Karo grzecznie dał się podnieść i mocno wtulił łeb w jej pierś. Chociaż ty mnie rozumiesz, pomyślała. Weszła do swojego pokoju i usiadła w kącie, na poduszkach. Obok leżał koc zwinięty na kształt kojca, tam właśnie położyła Kara. Oparł głową o bok zrolowanego koca i patrzył czarnymi oczyma wprost na dziewczynę.
Magda rozsiadła się wygodnie w kącie. W końcu poczuła ulgę. Nagle przypomniało jej się, co powiedział ojciec. Pianino… Szafa… Jej rzeczy… Pospiesznie wstała i podbiegła do szafy. Nie zwracała uwagi już ani na ból pleców, ani na krew, która nadal małymi, ciepłymi stróżkami płynęła jej po twarzy. Otworzyła drzwi i to, co zobaczyła, przeraziło ją. Nie było tam nic z pamiątek po koncertach, nie było jej ulubionej kurtki skórzanej, ani nawet zrolowanego plakatu Iron Maiden, który ostatnio kupiła, ale nie miała kiedy go zawiesić. Wszystko zniknęło. Ogromna fala gniewu spłynęła na dziewczynę. Chciała wrzeszczeć. Powydzierać się na ojca, który zrobił jej takie świństwo. Obróciła się w kierunku drzwi, żeby podejść do schodów i zapytać dlaczego on to zrobił, ale coś jej nie pasowało. W pokoju brakowało jeszcze jednej, bardzo ważnej rzeczy – gitary.
- Nie wierzę… - powiedziała do siebie, padając na kolana. Pal licho pamiątki i plakaty. Nie ma gitary. Nie ma tego, co kochała. Czuła, że cały jej świat zaczyna powoli się zawalać. Spuściła głowę na dół, patrzyła teraz w podłogę. – Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? – powtarzała. Nie mogła w to uwierzyć. Po chwili jednak żal i rozpacz ustąpiły miejsca gniewowi, który powtórnie zawitał do jej głowy. – Ojcze! – wrzasnęła wstając. Podbiegła do barierki przy schodach. – Dlaczego to zrobiłeś!?
- Co zrobiłem? – powiedział, odwracając się w jej stronę. Teraz wydawał się innym człowiekiem. Był spokojny, zmartwiony zachowaniem córki.
- Sprzedałeś to, na czym mi zależało! Dlaczego sprzedałeś gitarę i to MOJĄ gitarę, skoro masz swoją i dlaczego NIC mi o tym nie powiedziałeś! Dlaczego sprzedałeś pamiątki, dlaczego jesteś moim ojcem! – zdenerwowana i gniewna zeszła szybko po schodach, nie mogąc uwierzyć, że ten człowiek jest jej ojcem – Czy to nic dla ciebie nie znaczy?!
- Ja… Ja nie sprzedałem gitary. Dlaczego miałby to robić? – powiedział dość spokojnie Artur. Jego ton wskazywał na to, że rzeczywiście nic o tym nie wie.
Dobrze udaje, pomyślała.
- Nie mogę ci już ufać. W ciągu jednego dnia zawiodłeś mnie na całej linii! – mówiła Magda, już trochę ciszej. – Nie ufam ci. – Artur wyciągnął dłoń w jej stronę, ale ona szybko ją odepchnęła od siebie. – Nie dotykaj mnie! – wrzasnęła i wybiegła z domu. Mały Karo, przypatrujący się wszystkiemu ze szczytu schodów, zbiegł na dół i wybiegł za nią na ulicę.
- Ja… Ja nic nie zrobiłem… - głos Artura zaczął się załamywać. – O kurwa, co ja zrobiłem…
Magda nie chciała już wracać do tego kłamliwego człowieka. Nie dość, że udawał, że nic się nie stało, to jeszcze podważył wszystko, co chciał kształtować od kiedy umarła Lilianna. Obiecał, że będą ćwiczyć codziennie po szkole grę. Obiecał… To słowo straciło na swojej wartości w jej oczach.
Biegła przed siebie kilometry od domu. Nawet nie zauważyła, że dobiegła do lasu, który był ponad 6 kilometrów od jej domu. Dopiero teraz zauważyła, że Karo stara się ją dogonić, ale nie udawało mu się to. Zatrzymała się, zdyszana i poczekała na pieska.
- Mam ciebie, to mi wystarczy… - powiedziała, głaszcząc psa. Szli potem jeszcze 30 minut, po czym usiedli pod wysokim świerkiem w cieniu lasu, który przygrywał im smętnie szum liści i igliwia…

XLIII.


Magda wracała spokojnie i powoli do domu. Nie spieszyła się. Wiedziała, że w domu nikogo nie będzie, bo ojciec pojechał do pracy. Miała w głowie mętlik, wszystko zaczęło wirować i…

- Gdzie ja jestem? – powiedziała cicho, nie mogąc otworzyć oczu. Dotknęła rękoma twarzy i poczuła, że ma bandaż zawinięty wokół głowy. Westchnęła cicho i położyła ręce wzdłuż ciała. Po swojej lewej stronie słyszała płacz jakiejś kobiety. Krzyczała, że nie chce, żeby jej syn został tu na noc. W ten sposób Magda domyśliła się gdzie jest. – Szpital… - powiedziała pewnie i obróciła się na prawy bok i chciała zasnąć, ale nagle poczuła, że ktoś ją obserwuje.
- To tylko ja… - powiedział cichy głos przed nią. Kiedy nieznajoma ręka dotknęła jej policzka, już wiedziała, że to tata siedzi przed nią.
- Jak długo tu jesteś? – spytała, siadając na łóżku.
- Od czasu, jak cię tu przywieźli, czyli około trzech godzin.
- Tak długo tu jestem? Rany… Nie wiedziałam, że…
- Ćśśś… To nic – uspokoił ją ojciec, siadając obok. – Pielęgniarki się wkurzą, ale zdejmę ci to coś z oczu, bo nie mogę na ciebie patrzeć. Wyglądasz jak… Jak… - nie mógł powstrzymać się od śmiechu – jak ta laska z `Oczy Julii`, pamiętasz?
- Tak – zaśmiała się wraz z ojcem.
Delikatnie pochyliła głowę, żeby mógł rozwiązać supeł. Wiedział, że Magda sama mogłaby sobie to zrobić, ale chciał zachować się jak ojciec – ochraniać, pomagać jej. Dziewczyna wiedziała dobrze, że chce, żeby on to ściągnął. Gdy tylko zdjął jej bandaż, zwinął go i rzucił na łóżko obok. Teraz dłonią podniósł jej głowę, żeby mogła spojrzeć na niego. Powoli otworzyła oczy, zobaczyła, że ojciec ma bardzo zbolałą minę.
- Co się stało, tato? – spojrzała na niego bacznym okiem.
- Twoja twarz… - zasmucił się. – Jest oszpecona, nikt cię już nie będzie lubił, a starałem się…
- Oh, tato! Nie obchodzi mnie zdanie innych. Nie muszę być piękna. Mam przyjaciół, mam ciebie i gitarę, to mi starczy. – uśmiechnęła się i przytuliła ojca. Wiedziała, jak on się czuł, jak był w takiej sytuacji. – Oj, przepraszam, pobrudziłam ci marynarkę! – odsunęła się prędko, bo poczuła, że krew znowu zaczęła płynąć z jakiejś na nowo otwartej rany.
Ojciec tylko się zaśmiał i od razu spostrzegł, że pielęgniarka stoi w drzwiach i obserwuje ich z zaciekawioną miną.
- Już uciekamy. – powiedział spokojnie ojciec. – Pakuj się młoda, wracamy do domu. Tam czeka ktoś na ciebie.
- O co ci znowu chodzi? – myślała, że chodzi o Dawida albo Anię.
- Zobaczysz, to niespodzianka. Dalej, zbieraj się.
- Już, już… - Magda wstała z łóżka, pozbierała ze stolika swoje rzeczy – telefon, klucze i kostkę do gitary, którą zawsze miała w kieszeni – i poszła za ojcem, który już czekał w drzwiach. Oboje wyszli przed szpital i pojechali do domu.
W końcu oboje zajechali do garażu. Artur, bo takie imię nosił ojciec Magdy, powiedział, że ma nie otwierać oczu, dopóki jej nie powie, że może otworzyć. Wysiadła z auta, zamknęła za sobą drzwi. Oparła się o nie i posłusznie zamknęła oczy. Nie podglądała, jak to mają w naturze małe dzieci. Wiedziała, że to coś, o czym musiała marzyć od dawna. A były tylko dwie rzeczy, jakich naprawdę chciała. Pierwszą był powrót matki, a drugą…
- Ta-dam! Możesz otworzyć oczy.
Nie musiała otwierać, żeby wiedzieć, że to pies. Jednak, gdy tylko otworzyła powieki zobaczyła to, co było rzeczą drugą dla niej ważną. Zawsze chciała mieć psa, ale to, że akurat będzie to owczarek długowłosy, to w snach nie marzyła. Od razu zauważyła, że ma nieco jaśniejsze futro wokół lewego oka, więc od razu wiedziała, jak go nazwać.
- Musisz teraz znaleźć dla niego odpowiednie imię. – powiedział Artur, puszczając smycz, żeby szczeniak mógł podbiec do dziewczyny.
- Już mam, tato. Nazwę go Karo. – podświadomość mówiła jej, że gdzieś już słyszała takie imię, ale nie było przeznaczone dla psa. Było dla wilka.
- O, ładnie. A teraz smaruj do pokoju z Karem, zrób mu ładne posłanie, a potem zobaczymy co dalej.
- Dobrze, dobrze. Chodź Karo… - powiedziała do psa, który jak na komendę postawił uszy i podbiegł do niej. Kochane psisko, pomyślała i wzięła go na ręce. Pies zaczął lizać ją po twarzy. Zamykała oczy w bólu, ale nie dała po sobie poznać, że coś ją boli. Weszła po schodach do siebie i postawiła psa na ziemi. Karo otrzepał się i trącił nosem drzwi, które powoli się otworzyły, pokazują zwierzęciu jego nowy dom. Zamerdał ogonem i od razu rzucił się na wielki poduszko-fotel stojący w kącie. Magda uśmiechnęła się i weszła za Karem do pokoju.
- Co by ci tu wymyślić, dziecino… - zastanawiała się, jak będzie wyglądać posłanie dla psa. Wzięła koc, leżący pod biurkiem i zwinęła go w coś, na kształt kojca i położyła obok miejsca, gdzie zwykła siedzieć grając na gitarze. Nagle, nieoczekiwanie usłyszała, że skądś dobiega muzyka. Wiedziała, że to Dream Theater. Poszła za swoim słuchem. Wait to Steep, pomyślała. Skąd, kto
- Cześć! – zobaczyła, że ojciec siedzi przed wpół odwiniętym z papieru pianiem i gra. Gra pięknie. Nie mogła uwierzyć, że to on. Że to ta sama osoba, która uczyła ją grać na gitarze.
- Tato! Nie wiedziałam, że umiesz grać tak pięknie na czymś innym, niż gitara - uśmiechnęła się i podbiegła do niego. Chciała dotknąć instrumentu, ale ojciec dał jej po łapach.
- Nie dotyka, proszę – spojrzał na nią zupełnie dziwnie. Inaczej. Poczuła, że coś jest nie tak…

XLII.


Dzwonek. Pół klasy tylko przyszło. Magda rozejrzała się, nie zobaczyła nikogo znajomego, prócz Giru, który siedział obok niej.
- Co się dzieje? – spytała cicho chłopaka, który uważał i uważnie słuchał każdego jej słowa.
- Co masz na myśli? – spojrzał jej w oczy.
- Noo… Nikogo znajomego, a przecież wiedzą, że się wrzesień zaczął, to chyba logiczne. – popatrzyła na niego i przysunęła się bliżej. Czuła się dość nieswojo, więc przytuliła się do niego. Dawid oczywiście lubił czuć ją tak blisko siebie. Objął ją mocno i nie chciał puścić.
W tym momencie z sali wyszła nauczycielka. Krótkie czerwono-bordowe włosy opadały na wiotkie ramiona chemiczki. Ubrana była jak zwykle w czarne kozaki, w nich czarne legginsy, a wyżej to tradycyjnie różowawa koszulka, a na niej czarny sweterek. Oto w czym chodziła profesor Kasia B. do szkoły. Pierwsze, co zrobiła, to spojrzała na Magdę i Dawida. Oboje, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odwrócili głowy w jej stronę, po czym tylko było słychać jej skrzeczący głos:
- Do klasy zapraszam waszą dwójkę. – po czym wróciła do sali. Było to miejsce, gdzie profesorka spędzała najwięcej czasu. Drugim jej ulubionym miejscem była łazienka. Tylko wtedy zabierała swoje zacne cztery litery z klasy, przechodziła calutki korytarz, żeby potem pędem pognać do sali chemicznej, gdzie zostawiała wszystko. Cały swój dobytek. Torebkę, kluczę i komórkę. Dla niej, to cały świat.
- O co chodzi? – powiedział cicho Dawid, wstając i pomagając podnieść się na nogi Magdzie. – Pewnie znowu ma dla nas jakieś głupie warsztaty chemiczne. – zaśmiał się i chwycił ją za rękę. Poszedł pierwszy i przekroczył próg klasy. Sala wyglądała tak, jak przed wakacjami. Błękitna farba odpadała ze ścian, a dwa rzędy sześciu 3-osobowych ławek stały tak, jakby nikt ich nie ruszał. Dawid poczuł się jak w muzeum. Nie puszczając dłoni Magdy zatrzymał się przed biurkiem na podwyższeniu. Spoglądał teraz na nauczycielkę z dołu w tle mając zieloną tablicę, którą miała za głową. Nie zwrócił uwagi na to, że w drugiej ławce ktoś siedzi. Magda jednak nie była tak `ślepa`. Zauważyła, że dziewczyna w koszulce Metallicy patrzy prosto na nią. Już otwierała usta, żeby zapytać profesorki kto to jest, ale ona ją uprzedziła:
- To Ania – powiedziała spokojnie swoim skrzeczącym głosem. – Od dziś jest z wami w klasie, a jako, że słuchacie tego samego… - ściszyła głos -…chłamu, to…
- Przepraszam bardzo! – odezwała się Magda, wyraźnie zdenerwowana tym, co nauczycielka powiedziała. – Metallica nie jest chłamem, a jak pani ma jakiś problem, to może nie tu i nie przy nas? – puściła rękę Dawida i weszła na podwyższenie, gdzie stało biurko. Popatrzyła jej prosto w twarz, widać było, że profesorka żałuje, że to powiedziała. – Proszę o jedno, teraz tylko o jedno, żadnego obrażania muzyki w moim towarzystwie, tak? – nauczycielka speszona pokiwała głową. Rozumiała, że źle zrobiła mówiąc Magdzie, że słucha `chłamu`. Wiedziała przecież, że jej rodzice grają na instrumentach, znają się na tym, a co za tym idzie – ona też.
- Dobrze, pomińmy. To Ania –wróciła do tematu – jest tu nowa i macie się nią zająć i tyle. Weźcie ją teraz na koniec przerwy, bo ja mam tu coś ważnego do zrobienia. – pokazała ręką na stos papierów, po czym usiadła na swoim zielonym krześle.
Dawid i Magda spojrzeli po sobie, a potem na Anię. Dziewczyna uśmiechnęła się i wstała z miejsca. Zabrała plecak i podeszła do nich.
- Dzięki – powiedziała cicho i w trójkę wyszli na przerwę.
- Nie masz za co – odezwał się chłopak – Magda jest dość wrażliwa na tym punkcie, bo jej rodzice są muzykami. – nie wspomniał specjalnie o nieżyjącej matce, bo to nie jego interes, żeby wprowadzać Anię do życia jego miłości. `Moja miłość` - tego określenia używał, jak szedł gdzieś sam, bez Magdy, a chciał coś o niej powiedzieć.
- Rozumiem. – odpowiedziała grzecznie Ania. – Twoi rodzicie muzykami? Ostro! – radośnie teraz zwróciła się do Magdy.
- Teraz już tylko jedno, bo drugiego już tu nie ma. – odpowiedziała spokojnie, lekko się uśmiechając.
- Oj, nie wiedziałam…
- Wiem o tym – poklepała ją po ramieniu Magda, po czym rozległ się dzwonek.
Wszyscy weszli do klasy, pozajmowali miejsca. Ania, Magda i Dawid weszli jako ostatni i została dla nich tylko jedna, ostatnia ławka pod oknem. Ulubione miejsce chłopaka, bowiem uwielbiał patrzyć na boisko, na którym jest drzewo, pod którym poznał, a raczej pierwszy raz odezwał się do Magdy. Lekcja była nudna. Profesorka przedstawiała im Przedmiotowy System Oceniania, potem początki chemii – alkany. Całej trójce zaczęło się to nudzić, więc Dawid zapoczątkował pisanie liściku. Obok siedziała Magda, a potem Ania. Obie wiedziały, co trzeba z tym robić.
Jak tam? (:
Chemia, znowu nie uwazasz…
a dobrze, a u was?
Aniu, powiesz nam cos o sobie? Nie wytrzymam do przerwy jak mi nie powiesz!
Uwazaj na niego, bo to prawda…
hmm, cóz moge powiedziec. jezdze konno i kocham to robic. jestem z wami w klasie i to jua dla mnie cos… nikt wczesniej mnie tak nie przygarnał od razu…
Cieszymy sie! I to tak powaznie, bo…
Musiał skończyć i schować kartkę, bo Profesor Katarzyna zaczęła przechadzać się po klasie, czy uczniowie pracują. Dawid schował kartkę w ostatniej chwili. Nauczycielka zatrzymała się przy ich ławce i spytała:
- Początek roku, a wy już musicie robić z siebie klaunów? – klasa zaśmiała się.
- Nie, pani profesor, nie robimy z siebie tego, co nam pani zarzuca. – powiedziała ostro Magda, której nie było może w kaszę dmuchać.
- Nic nie robimy, a pani się czepia – wtórował jej Dawid.
Tylko Ania siedziała cicho.
- Dobrze więc – odezwała się po krótkim namyśle nauczycielka – wy dwoje zostaniecie, musimy sobie porozmawiać na temat waszego zachowania, a ty, młoda panno – patrzyła teraz bezpośrednio na Magdę – to, że twoja matka nie żyje, to nie znaczy, że jesteś bezkarna.
Magda zbladła. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Jej największy sekret wydała osoba, która powinna trzymać go za zębami, jak własny.
- Jak pani śmie… - powiedziała gniewnie, odkopnęła krzesło, spakowała się i wyszła. Była wściekła, że profesorka powiedziała to na głos i do tego na forum klasy. Trzasnęła drzwiami na koniec i zbiegła schodami na dół, z drugiego na pierwsze piętro, potem na parter i w końcu potarła do piwnicy. Odgłos jej kroków rozchodził się po pustych korytarzach szkoły bardzo wyraźnie. Na ostatnim stopniu pech chciał, że potknęła się na ostatnim stopniu o wystający pręt i spadła prosto na twarz. Od razu poczuła, że po jej twarzy spływa ciepła ciesz. Krew, pomyślała, wstając powoli i wycierając ręką twarz. Spojrzała na dłoń – nie myliła się. Ciemno czerwona ciecz była teraz wszędzie. Zalewała jej oczy, spływała po policzkach, miała ją również na rękach, tak samo, jak na ziemi został ślad. Nie spodziewała się, że nie będzie po tym śladu. Wiedziała doskonale, że blizny zostaną, ale nie zamierzała nic z tym robić. Poszła więc pod swoją szafkę, usiadła naprzeciwko niej i wyciągnęła z kieszeni chusteczkę. Miała szczęście, że w trakcie i po pierwszej lekcji nie ma jeszcze sprzątaczek, bo od razu kazałyby jej iść do pielęgniarki. Nie znosiła do niej chodzić. Była dla niej niemiła i patrzyła jak na dziwoląga. Po każdej jej wizycie u pani Malwiny, wychodziła smutna i roztrzęsiona. Mówiła jej o chorobach, jakie jej zmarła matka mogła jej dać. Nigdy jednak nie poszła z tym do nikogo – wstydziła się.
 Nagle słyszy, że ktoś zamyka drzwi z potężnym hukiem, który rozległ się w szkole. Dawid, pomyślała. Nie zamierzała się ruszać z miejsca. Jeśli, to rzeczywiście on, to dobrze wiedział, gdzie teraz jest Magda. Dziewczyna wytężała słuch. Raz, dwa, trzy… Trzy pary kroków? Coś tu nie gra. Powoli wstała, zostawiając plecak i bluzę na miejscu, na które chciała zaraz wrócić, ale zobaczyła, że trzy osoby idą w jej stronę. Dawid, Ania i… Kto to był? Wyrzuciła zakrwawione chusteczkę do kosza i wróciła szybko na swoje miejsce. Wyciągnęła kolejną, żeby wytrzeć krew, która cały czas płynnie leciała jej z ran. Już miała przysunąć ją do twarzy, kiedy Dawid z ogromną szybkością się na nią rzucił.
- Nie słuchaj tej suki. – mówił, przytulając Magdę mocno do siebie – Wiesz, że ona ma na bani, więc… - spojrzał na twarz dziewczyny – Matko! Co ci się stało?! – wykrzyknął. Za nim pojawiła się Ania i..
- Kim jesteś? – powiedziała spokojnie Magda, spoglądając na chłopaka.
- Malko. Mówią mi Malko. Jestem w waszej klasie.
- Spóźniłeś się, nie dostrzegłam cię wcześniej.
- To prawda. Przeszedłem na biol-chem i od tego roku jestem z wami. – klęknął przy Magdzie. – Pokaż no… - wziął od niej chusteczkę i odsunął barkiem Dawida. Ten stracił równowagę i upadł na plecy.
- Uważaj, łamago! – krzyknął, podnosząc się z ziemi.
- Zamknij się. – odwarknął mu Malko, po czym całą uwagę skierował na dziewczynę. Ania stała jak wryta, ale teraz podeszła do Dawida, pomagając mu wstać.
- Odwal się, w ogóle nie wiem, dlaczego ona kazała ci iść z nami! – krzyczał i wyrywał się, zdenerwowany.
- Ja wiem. – powiedziała Magda, spokojnie wstając i kładąc glana na barku Malko. – Dlaczego, psie jeden, jej na to pozwoliłeś?! – popchnęła nogę, po czym chłopak wylądował na ziemi. – Wiesz, że cię nie znoszę, twojej matki też! Znam go – zwróciła się do reszty – To syn naszej `kochanej` pani profesor od chemii. Kabel i konfident, jakich mało. Do tego, wie o mnie wszystko. Ma w pokoju moje zdjęcia z wakacji, wyjazdów i przerw. To maniak. – jej noga przygniatała teraz mocno jego brzuch do ziemi. Nie czuła, żeby robiła mu tym krzywdę, bo w jego oczach było widać tylko obłęd.
- Jesteś pojebany! – powiedział Dawid, wyrwał się od Ani, po czym rzucił się z pięściami na Malko. – Zginiesz! Zabiję cię, szmato! – darł się w niebogłosy, a echo roznosiło się po cichej szkole.
- Przestań, szkoda nerwów na niego. On już wie, co mu grozi. I wie, co zrobił.
Ania i Dawid nie wiedzieli o co chodzi. Spojrzeli tylko po sobie, a potem na Magdę, ale jej oczy nic nie zdradzały, były po prostu puste.
- Idziemy stąd, zostawcie go tu. – powiedziała Magda ściągając glan z brzucha Malko. Wzięła swoje rzeczy – bluzę i plecak z ziemi i poszła do schodów. – No chodźcie. – odwróciła się mówiąc do wciąż skamieniałych towarzyszy. Po chwili ocknęli się i podbiegli do Magdy.
- Nadal krwawisz – powiedział cicho Dawid, chwytając ją za rękę. Puściła go szybko. Weszli już na pierwsze parter.
- Wy idźcie na lekcje, a ja spadam do domu. Z taką twarzą będę musiała iść do Malwiny, a nie chcę. Przyjdźcie do mnie po szkole, jak chcecie. – uśmiechnęła się. Jedna ranka na jej twarzy pękła i znowu popłynęła krew. – Nic mi nie będzie. – przytuliła najpierw Dawida, potem Anię, odwróciła się i poszła do domu.
- Oby jej się nic nie stało… - powiedział Dawid, wzdychając. Przytulił Anię i oboje wrócili na lekcje, jakby nigdy nic. Obojgu dzień strasznie się dłużył.