18 sierpnia 2012

L.


Podróż zdawała się trwać wieki. Karo szedł przy nodze ojca, jakby dotarło do niego, że zrobił coś złego. Magda, idąc z głową w dół chciała zapaść się pod ziemię. Artur spoglądał co kilka kroków na córkę. Po długich minutach w milczeniu w końcu się odezwał:
- To nie twoja wina. – Poszedł bliżej, obejmując Magdę za kark. – No już, uśmiechnij się.
- Nie ma mowy – powiedziała smutno. – Przecież to była – słowo ugrzęzło jej w przełyku.
- Tak, ręka – dopowiedział. – Ale to nie ma nic wspólnego z tobą. To nie jest ani twoja ręka, ani moja, ani też pewnie kogoś, kogo znamy. Uśmiechnij się.
Magda postąpiła parę kroków do przodu, podniosła głowę i lekko wykrzywiła usta.
- Dobre i to na początek – powiedział spokojnie Artur, puszczając ją.
Karo radośnie szczeknął i pobiegł na przód. Zbliżali się do zarośli, gdzie pies znalazł rękę. Szybko atmosfera, która dopiero co zaczęła się polepszać, uległa pogorszeniu. Magdzie znowu zaczęło być słabo, kiedy przypomniała sobie obraz wychodzącego z zarośli psa z okropną rzeczą w pysku.
- No Karo – rozkazał Artur – pokaż gdzie to leżało.
Usłuchany pies wszedł w krzaki, powoli prowadząc w miejsce, z którego zabrał rękę. Idąc przez cierniste krzaki Magda wraz z ojcem bardzo poranili sobie nogi i ręce. Nie przejęli się jednak za bardzo tym faktem.
- To tutaj – powiedziała Magda, zatrzymując się przed krzewem dzikiej róży. Na roślinie były szczątki ubrania. Artur podszedł bliżej, kucnął przed różą i zabrał materiał. Wstał i odwrócił się plecami, żeby lepiej zobaczyć rzecz w promieniach słońca.
Magda podeszła jeszcze bliżej, także kucnęła, ale wstała szybciej niż by się wydawało. Odwróciła wzrok i przytuliła się do Kara, który właśnie przechodził obok. Nie chciała patrzeć na coś, co najwyraźniej leżało za krzewem.
- Tato, za różą jest… - powiedziała, wlepiając wzrok w punkt na ziemi.
Artur podszedł bliżej i zamarł. Za różą leżała reszta ciała. Tego od ręki. Było na wpół zjedzone przez robaki, a przez podziurawioną skórę na klatce piersiowej sterczały białe kości żeber. Twarz, już bez oczu dawno została obżarta przez robactwo. Zęby lśniły w powietrzu. Artur zasłonił usta, chcąc uchronić się przed wymiotami, ale nadaremnie. Odsunął się kilka długich kroków w bok i zwrócił całą zawartość żołądka, jaką miał. Uklęknął na jedno kolano, złapał się za brzuch i cała treść, jaką zjadł przed wyjściem znalazła się na ziemi.
- Uciekajmy stąd, tato… - Głos jej drżał.
Ojciec wstał, otarł usta i odwrócił się do córki. Był kompletnie blady.
- Dobrze, kochanie. Weź psa. – Artur zaczął już iść, chwiejnym krokiem, w stronę drogi.
- Karo! Chodź tutaj! – wołała, ale psa nigdzie nie było widać. – Tato, nie ma go.
- Chodź, znajdzie się.
Magda niechętnie, ale poszła za ojcem. Nie była w stanie trzeźwo myśleć, więc reagowała na wszystko, jakby znów miała jedenaście lat.