Podróż zdawała się trwać wieki.
Karo szedł przy nodze ojca, jakby dotarło do niego, że zrobił coś złego. Magda,
idąc z głową w dół chciała zapaść się pod ziemię. Artur spoglądał co kilka
kroków na córkę. Po długich minutach w milczeniu w końcu się odezwał:
- To nie twoja wina. – Poszedł
bliżej, obejmując Magdę za kark. – No już, uśmiechnij się.
- Nie ma mowy – powiedziała
smutno. – Przecież to była – słowo ugrzęzło jej w przełyku.
- Tak, ręka – dopowiedział. –
Ale to nie ma nic wspólnego z tobą. To nie jest ani twoja ręka, ani moja, ani
też pewnie kogoś, kogo znamy. Uśmiechnij się.
Magda postąpiła parę kroków do
przodu, podniosła głowę i lekko wykrzywiła usta.
- Dobre i to na początek –
powiedział spokojnie Artur, puszczając ją.
Karo radośnie szczeknął i
pobiegł na przód. Zbliżali się do zarośli, gdzie pies znalazł rękę. Szybko
atmosfera, która dopiero co zaczęła się polepszać, uległa pogorszeniu. Magdzie
znowu zaczęło być słabo, kiedy przypomniała sobie obraz wychodzącego z zarośli
psa z okropną rzeczą w pysku.
- No Karo – rozkazał Artur –
pokaż gdzie to leżało.
Usłuchany pies wszedł w krzaki,
powoli prowadząc w miejsce, z którego zabrał rękę. Idąc przez cierniste krzaki
Magda wraz z ojcem bardzo poranili sobie nogi i ręce. Nie przejęli się jednak
za bardzo tym faktem.
- To tutaj – powiedziała Magda,
zatrzymując się przed krzewem dzikiej róży. Na roślinie były szczątki ubrania.
Artur podszedł bliżej, kucnął przed różą i zabrał materiał. Wstał i odwrócił
się plecami, żeby lepiej zobaczyć rzecz w promieniach słońca.
Magda podeszła jeszcze bliżej,
także kucnęła, ale wstała szybciej niż by się wydawało. Odwróciła wzrok i
przytuliła się do Kara, który właśnie przechodził obok. Nie chciała patrzeć na
coś, co najwyraźniej leżało za krzewem.
- Tato, za różą jest… -
powiedziała, wlepiając wzrok w punkt na ziemi.
Artur podszedł bliżej i zamarł.
Za różą leżała reszta ciała. Tego od ręki. Było na wpół zjedzone przez robaki,
a przez podziurawioną skórę na klatce piersiowej sterczały białe kości żeber.
Twarz, już bez oczu dawno została obżarta przez robactwo. Zęby lśniły w
powietrzu. Artur zasłonił usta, chcąc uchronić się przed wymiotami, ale
nadaremnie. Odsunął się kilka długich kroków w bok i zwrócił całą zawartość
żołądka, jaką miał. Uklęknął na jedno kolano, złapał się za brzuch i cała
treść, jaką zjadł przed wyjściem znalazła się na ziemi.
- Uciekajmy stąd, tato… - Głos
jej drżał.
Ojciec wstał, otarł usta i
odwrócił się do córki. Był kompletnie blady.
- Dobrze, kochanie. Weź psa. –
Artur zaczął już iść, chwiejnym krokiem, w stronę drogi.
- Karo! Chodź tutaj! – wołała, ale
psa nigdzie nie było widać. – Tato, nie ma go.
- Chodź, znajdzie się.
Magda niechętnie, ale poszła za
ojcem. Nie była w stanie trzeźwo myśleć, więc reagowała na wszystko, jakby znów
miała jedenaście lat.