13 maja 2012

XLV.


Las szumiał im w uszach. Liście przetaczały się po ściółce. Mech pod rękoma był zimny i mokry. Magda czuła się lepiej. Dźwięki lasu, przyjaciel obok, żadnych trosk, nieprzyjemności. Po prosu czuła się, jak w raju. Karo przysiadł obok na chwilę, ale wstał szybko, goniąc za padalcem, który przeszedł dość blisko glanów dziewczyny.
- Zostaw go, mały. – powiedziała spokojnie. – Nic nam nie zrobi. – uśmiechnęła się i pochyliła nad jaszczurką. Wzięła go na ręce.
Zwierze wiło się po dłoniach, jak wąż. Czuła każdą łuskę ocierającą się o skórę. Miłe uczucie, pomyślała. Po chwili wypuściła go na ziemię, po czym wstała wycierając ręce w spodnie. Karo stał zaciekawiony, patrząc na oddającego się gada. Jedno ucho psa nagle odwróciło się, nasłuchując. Później obrócił całą głowę i w końcu całego siebie. Zaczął wściekle ujadać na coś, co znajdowało się na nimi. Magda stanęła bokiem do obiektu, który był źródłem wściekłości psa, obróciła głowę i jej oczom pokazał się widok, jakiego oczekiwała. Artur.
- Wybacz mi kochanie. Ja… Ja naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić. – ojciec dziewczyny podchodził coraz bliżej.
- Nie zbliżaj się. – powiedziała szybko. Mężczyzna zatrzymał się w miejscu.
Pies postąpił kilka kroków naprzód. Artur cofnął się o krok.
- Trzymaj psa, proszę. Nie chcę wam nic zrobić. Proszę, Madziu… - rozłożył ręce w obronnym geście.
- A co będzie, jak nie wrócimy? Zawiodłeś nas. Mnie i jego. – pokazała dłonią w stronę Kara. – Myślisz, że on nie ma ci tego za złe? Przecież uciekł. Dlaczego wolisz ten głupi instrument od nas? – pytania ciągnęły się za nią, jak nitka z poprutego swetra. Nie mogła spleść sensownego zdania. Wszystko zaczęło się kłębić i zapętlać. Czuła, jak zapada się w sobie.
Serce biło coraz wolniej. Krew, zastygła już na policzkach znów się rozgrzała. Powoli spływające strugi szkarłatu dotykały kołnierzyka. Sekundy ciągnęły się nieubłaganie. Zamknęła na moment zmęczone oczy. Gdy je otworzyła ojca nie było już przed nią. Świat zaszedł ją mgłą, kiedy tylko ruszyła głową w bok. Złapała rękoma głowę, jakby miała jej za chwilę odpaść. Ból był nie do zniesienia. Pies zaczął skomleć.
- Magda, coś ci jest? – usłyszała głos zza siebie. Odwróciła się, ale było za późno, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Ciężka belka uderzyła ją prosto w ucho. Siła uderzenia była tak wielka, że poszybowała kilka metrów, po czym spadła na ściółkę, nieprzytomna.


Ból głowy rozsadzał jej czaszkę. Poczuła, że wszystkie rany na twarzy, jakie przyniosła ze sobą ze szkoły, było otwarte i sączyła się z nich krew.
- Dzielna jesteś, mała. – powiedział chłopak, siedzący tyłem do niej. Długie, lokowane włosy opadały ma na ramiona.
- Życie mnie nauczyło. Kim jesteś? – powiedziała do nieznajomego. Usiadła i uderzyła się w coś głową. – Au. – spojrzała nad siebie. Była w szałasie. To, co wbiło jej się w głowę, to po prostu gałąź.
- Uważaj na główkę. – zaśmiał się. – Nie martw się, jestem przyjacielem. Nie wrogiem. O nie, na pewno nie wrogiem. – Magda zauważyła, że zamknął nóż, który trzymał w rękach, a teraz chowa go do kieszeni. – Wyjdźmy stąd. Słońce zaszło, więc nie musisz się o nic martwić.
- Gdzie jest mój pies? – zmieniła szybko ton wypowiedzi.
- Pies? Ahh tak. Ten człowiek, który cię zaatakował go zabrał. Strasznie mu na nim zależało. W oczach tego kolesia było widać czyste szaleństwo. Nie zazdroszczę, a nawet współczuję temu, dla kogo ten cham jest ojcem. – chłopak wyszedł z szałasu.
- Nie chcę nic mówić, ale… - powiedziała cicho. Spuściła szybko oczy w dół.
- Mówiłaś coś?
- Nie, absolutnie nic.
Chłopka poprowadził ją głosem do wyjścia z szałasu. Noc była piękna. Nadal byli w lesie, tyle że o wiele, wiele głębiej. Magda bardzo chciała wiedzieć, kim jest ten człowiek. Ponowiła więc pytanie o jego tożsamość.
- Mów mi na razie Imikira. Więcej ci nie trzeba, słonko. – spokojnie odpowiedział. Zachowywał się tak, jakby znał Magdę od lat. – Ty nie znasz mnie, ale ja znam ciebie. Dużo tajemnic, co?
- Tak, to prawda. – przytaknęła.
To wszystko jest jak sen, pomyślała. Dlaczego znowu jestem sama? Nie dość, że matka zmarła tak wcześnie, to jeszcze ojciec oszalał. A Karo? Kochany pies. Co ja teraz zrobię? Znowu sama.
Poczuła, że powoli pękają w niej emocje. Wielki, kamienny mur na sercu zaczyna pękać, łamać się. Kawałek po kawałku spadają części muru na powierzchnię serca, która zaczyna krwawić z bólu. Nie będzie płakać. O nie. Tego by było za wiele. Nie uroni łzy, bo znowu jest sama. Nie. Da sobie radę, jak zawsze. I to sama. Zrobiło jej się tylko smutno, bo straciła Kara. Przyjaciela.
A Dawid? Ania? Co z nimi?
Dopiero teraz sobie o nich przypomniała.
- Gdyby byli prawdziwi, to już by tu byli. Nie oszukujmy się. – Imikira podszedł do niej i mocno przytulił od tyłu. – Mam coś, co pomoże ci ich i mnie zrozumieć. – Jedną rękę nadal miał na barkach dziewczyny, a drugą sięgnął po coś do kieszeni. Podał jej plik jakichś kartek. Zdjęcia.
Wzięła je do rąk. Chłopak odsunął się trochę i usiadł na ziemi, bokiem do niej.
Zdjęć było ponad dwadzieścia. Na każdym byli jej przyjaciele. Dawid i Ania. I zawsze byli radośni, uśmiechnięci i zadowoleni. Jednak to nie wzbudziło w niej żadnej reakcji. Przecież wiedzieli, że Magda do siebie radę. Coś jednak zaniepokoiło dziewczynę przy ostatnim zdjęciu. Przedstawiało ono zdjęcie kartki papieru. Liścik z lekcji, pomyślała. Nic jednak nie mogła przeczytać.
- Co jest na ostatnim zdjęciu? Nie mogę przeczytać.
- Dlatego wyciągnąłem go z kosza, jak już skończyli. – wyciągnął nogi i wsadził rękę do kieszeni. Z jeansów wyciągnął pognieciony kawałek papieru. – Proszę, czytaj. Poznaj prawdę o swoich przyjaciołach.
Karta rzucona przez chłopaka spadła dokładnie między glany Magdy. Podniosła ją i usiadła na ziemi po turecku. Odwinęła papier. Charaktery pisma się zgadzały. Zaczęła czytać.
Jak tam?
Martwie sie o Magde.
Zostaw te szmate. Nie widzisz, ze sciemnia wykorzystuje Cie, jak tylko sie da?!
Co ty pieprzysz?!?!?! To najlepsza osoba jaka znam..
Kłam sobie, kłam. Ma ojca szajbusa, sama tez jest chora psychicznie. Widziałam, jak psychopatycznie patrzyła na ciebie. Wez sie ogarnij kochanie. To ja cie kocham! JA!
Wszystko… To prawda? Myslalem, ze klamia! Ale to prawda?! Wiesz co, przyznam sie. Przebywalem z nia po to, zeby jej bylo milo, a przy okazji mialem darmowe zaproszenia na obiady itd. Mmm, jej stary wysmienicie gotuje.
Olac kuchnie. Ona cie olała, a ja cie kocham!!! Ciebie i nikogo wiecej. Jestes naprawde wspaniały…
Ja… Ja nie wiem co powiedziec, ale… Tez cie kocham, Aniu. Od samego poczatku wpadlas mi w oko.
Zostawiamy ja?
Tak. Niech sobie gnije.
Hahaha… Idziemy do niej dla niepoznaki po szkole?
Mta, Trza by bylo sie przywitac.
Nie czytała już dalej. Zawiodła się nawet na kimś, kogo znała praktycznie całe życie.
- Skąd to wszystko masz? – powiedziała do chłopaka, który wiedział, że Magda nie okaże emocji.
- Ze szkoły. Twojej. Ukradłem, można powiedzieć. Dlaczego? Bo wiem, jak to jest kogoś stracić. A teraz ładuj się do szałasu. Już bardzo późno. Słońca prawie nie ma, więc idziemy spać.
Posłusznie weszła do szałasu, będąc jeszcze w szoku. Dlaczego oni mi to robią? Co ja im zrobiłam? Kim ja do cholery jestem!
Imikira wskazał jej miejsce, w którym powinna się położyć. Grzecznie poległa na ciepły mech.
- Jutro wszystko się wyjaśni… - powiedział, zasłaniając wejście do szałasu. Nastała kompletna ciemność…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz