13 maja 2012

XXVII.


   Wycie był smutne. Błagało nas wręcz o pomoc. Nie mogliśmy przecież, tak stać. Nie mogliśmy zostawić przyjaciela w potrzebie.
   - Słuchajcie no! - zawył na wszystkie wilki Krazow, które były wokół nas. - Zaira woła. To oznacza jedno - wojnę! - warknął, po czym wszystkie wilki i wilczyce warczały z nim. Sama nie wiedziałam o co chodzi i jaki jest ich stosunek do wojny.
   - Wygramy to! Jesteśmy przecież potomkami samego Aki! Tak, tego wielkiego Aki! - Satoshi wsparł swoimi słowami Krazowa. Teraz oboje wyglądali pięknie, jak bracia, którzy doskonale znają się na rzeczy.
  - Wygramy to! - zawarczeli oboje równo. Cała wataha zawyła.
  Kilka minut potem byliśmy już gotowi do wymarszu. Uformowało się coś, co wyglądało jak niezorganizowana grupa, ale w rzeczywistości przygotowani byliśmy na atak z każdej strony. Krazow oczywiście szedł na samym przodzie. Łeb w łeb szedł z nim Satoshi. Wyglądali jak przeciwieństwa. Sato nie pasował do reszty watahy. Tak samo jak ja. Oboje mięliśmy czarne futra, zaś gdy reszta białe, bądź jasnoszare.
   Szłam na tyłach, gdy zauważyłam, że z szyku wyłamał się ktoś. Nie znałam tej wilczycy. Zbliżyła się powoli do mnie.
   - Witaj Chinmoku. - powiedziała cicho. - Jestem Konna. Słyszałam od innych wilków, że jesteś tą, która zaginęła. Wysłanniczką od Aki! Dziękuję ci, że mogłam cię poznać. To zaszczyt. - nie pozwoliła mi nic powiedzieć, bo wróciła na swoje miejsce.
   Po chwili zamyślenia dobiegło do mnie wycie Satoshiego.
   - Choć tu do nas Chinmoku. Musimy z Krazowem się czegoś od ciebie dowiedzieć.
   Posłusznie wyłamałam się w szeregu i podbiegłam do wilków prowadzących. Ich oczy od razu spotkały się z moi spojrzeniem.
   - Musimy być pewni, że nas nie okłamałaś, nie zostawisz nas. Inaczej, czeka cię śmierć. Każdy wilk, który nas zdradził trafia do Piekła. A tam już Kira się nim zajmie.
   - Nie zostawię was. - powiedziałam spokojnie. - Chcę się czegoś jeszcze o sobie dowiedzieć, ale to później. - Oboje po tych słowach spojrzeli po sobie. Satoshi, który był teraz bliżej mnie, otarł się delikatnie o mnie. Miejsce styku naszych futer strasznie mnie piekło. Nie wiedziałam, czy to magia, czy może Sato miał coś w futrze, a teraz wbiło się to głęboko w moją skórę.
   - Nic ci nie będzie. - uspokoił mnie Satoshi, gdy tylko zauważył zmartwienie w moich oczach. - Zostawiłem Ci znak na ciele. Należysz teraz do nas. - nie zabrzmiało to złowrogo. Wręcz miło. W końcu byłam częścią jakiegoś stada, które wzięło mnie pod swoje skrzydła.
   Zaczęłam już powoli wycofywać się na tyły, tam, gdzie byłam na początku, ale dźwięczny i piękny głos Satoshiego mnie powstrzymał.
   - Zostań z nami wysłanniczko - uśmiechnął się.
   - Dziękuję.
   Tak więc zaczęliśmy powoli biec. Wiedzieliśmy wszyscy, że nie ma czasu do stracenia, a Zaira potrzebuje pomocy.

   Po jakimś czasie dotarliśmy na miejsce. Był to ogromny obszar porośnięty małymi drzewami karłowatymi, paprociami i wieloma odmianami porostów. Przyjemnie było postawić łapy na mchu, który był tak delikatny, że aż łaskotał.
 Po chwili zatrzymaliśmy się. Krazow poszedł przed nas i zawył coś w innym języku. Nie mogłam zrozumieć co powiedział, ale domyśliłam się, że znalazł trop. Obrócił się do nas i powiedział ze smutną minę, ale na tyle donośnie, żeby wilki na tyłach go usłyszały.
   - Zaira została porwana przez Mefisto!
   Po ostatnim wypowiedzianym słowie warczenie, wycie i obnażone kły mówiły same za siebie. Jest to ktoś, kogo wataha z Wielkich Lodowych Kier. Nie mogłam wiedzieć, że ci o których chodziło właśnie atakują nas z powietrza...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz