13 maja 2012

XXXI.


   Zapach siarki roznosił się dokoła. Ostry zapach nie działał dobrze na mój wrażliwy nos. Otworzyłam oczy. Chciałam odwrócić głowę, ale nie mogłam się ruszyć. Moje łapy były związane lianą, a łeb leżał w specjalnie wydrążonym rowie.
   - Co chcecie zrobić? - usłyszałam wołanie jakiegoś stworzenia. Głos obijał mi się w głowie, co tylko nasiało zadające ból pulsowanie skroni.
   - Jezu, zamknijcie się! - wrzasnęłam. Nawet nie wiedziałam kiedy, jak, ani czy świadomie to zrobiłam, ale nagle nade mną pojawiły się trzy stworzenia. Wilk, Gryf i Tygrys.
   Wilk wydawał mi się dziwnie znajomy. I nagle miałam powrót wspomnień. Raczej snów. Nevendarr... On... Złamana łapa... Ratunek... Skok z urwiska... Wiatr... Obietnica... Nagle otrząsnęłam się.
   - Karo! To ty jesteś Karo! - warknęłam unosząc głowę. - Jak możesz! To nic nie znaczy co...
   - Zamknij się! - warknął. Jego ciemne oczy mówiły wszystko za siebie. Wiała od nich chęć zemsty. Chęć mordu. Nie mogłam uwierzyć, że jest to to samo zwierze, które kiedyś, w moim śnie, mnie uratowało. - Nic nie mów. A z resztą, jak chcesz pogorszyć swoją sytuację, to proszę cię bardzo. - lekko się uśmiechnął.
   - Też mógłbyś się zamknąć Karo. - tym razem odezwał się Tygrys. Jego niski, dźwięczny głos trafił i mocno utkwił mi w mózgu. Ciemne futro, w jasne, fioletowe pasy nie mówiło mi nic. Nie mogłam rozpoznać skąd on pochodzi. Nie znam takich Tygrysów. Słyszałam jedynie o tych pomarańczowych w czarne pasy oraz o białych w czarne pasy. A ten? Skąd pochodził?
   - Dobrze Ziriamie. - Karo umilkł. Widocznie Tygrys był potężny.
   - Co z nią robimy? - odezwał się w końcu Gryf. Był nim Mefisto.
   - Jak to co? Zabijemy. - w głosie Wilka słychać było nutkę podniecenia.
   - Tak. To prawda. Musimy poczekać tylko na Kleirę. Gdzie ona się podziewa?
   I po tych słowach niebo przecięła błyskawica. Niebo strasznie pociemniało, zaszło ciemnymi chmurami. Grzmot, jaki temu towarzyszył był okropny. Dźwięk rozchodził się tak w jamie, w której leżała moja głowa, pięć razy głośniej. Nie mogłam wytrzymać i zawyłam. Karo podniósł łapę, żeby mnie uderzyć, ale czyjaś ręka go zatrzymała. Była blada. Bardzo blada. Należała do dziewczyny, która nagle pojawiła się za stworzeniami.
   - Umrzesz Chinmoku. Dziś. W trakcie rytuału.
   - Zaraz zaczynamy Kikaru. - rzekł Ziriam i odszedł.
   - Rozumiem...
   Puściła łapę Karo i nachyliła się teraz nade mną. Jej oczy płonęły chęcią mordu. Chciała to zrobić. Czułam, że byłabym jej pierwszą ofiarą, ale skoro taki los jest mi przeznaczony, to nie miałam nic przeciwko. W końcu i tak zginęłabym jakoś. Nie wierzyłam, że umrę w słusznej sprawie. Cieszyłam się jedynie w duchu, że uratowałam Zairę.
   I nagle przez myśl przebiegła mi myśl: Co z Satoshim? Co z moim wybawicielem? Nie miałam jednak dłużej czasu na rozmyślania, bo burza rozpętała się na dobre.
   Teraz błyskawice rozcinały niebo co kilka sekund, a huk grzmotu był nieprzerwany. Z chmur emanowała niezwykła moc. Moc natury. Wielka i nieposkromiona.
   Kikaru wstała i spojrzała w chmury, które magicznie się rozeszły ukazując piękny, duży i śnieżnobiały Księżyc. Różnił się bardzo od tego czerwonego, który udało mi się zobaczyć wcześniej. Znów spojrzała na mnie. Jej oczy zmieniły się. Teraz były całkowicie czarne i odróżniały się kolosalnie od tych zielonych, które widziałam za pierwszym razem. Uniosła rękę. W niej miała piękny, zdobiony kamieniami, sztylet. Ponownie zagrzmiało, a z nieba pomknęła błyskawica. Księżyc nadal beznamiętnie patrzył na całą sytuację. Przysunęła nóż w okolicę mojego lewego oka i przeciągnęła po futrze. Nie mogłam się odezwać, ani ruszyć - byłam sparaliżowana. Nie wiem, czy był to strach, czy moc Księżyca. Nagle poczułam, jakby miliony igieł wbijało mi się w okolicę oka. Kikaru wbiła sztylet głęboko, po czym go wyciągnęła. Ociekał moją niebieską krwią.
   - Tak, o to mi właśnie chodziło... - powiedziała z obłędem w oczach. Wstała i skierowała ostrze wprost do Księżyca - Prędzej czy później wstanie księżyc - biały jak kość i zimny jak lód - rozlegną się głosy, a tarcza księżyca zmieni się w oblicze Tego, bełkoczące, śmiejące się i rozkazujące. - powiedziała, a poświata odbitych promieni od Księżyca padała teraz wprost na mnie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz