Czas ruszać,
pomyślałam. Nie mogłam siedzieć tu dłużej. Nie miało to najmniejszego sensu, a
trochę do szczytu jeszcze zostało. Nie mogłam tracić czasu.
- Ostatni
raz spojrzę na Księżyc - westchnęłam.
Tak też
zrobiłam. Jednak, gdy tylko moje oczy znalazły się na tarczy Księżyca, to nie
mogłam uwierzyć kogo tam widać. To był wilk, ale nie jakiś zwykły. To był sam
Kraig. Ale... Jak on... Jak on się mógł tam znaleźć. Przecież nigdy go nie
widziałam, a teraz patrzę na Jego postać widniejącą na tarczy Księżyca.
Wilk był
bardzo piękny. Po prostu ideał. Jego futro było czarno-szare. Zwłaszcza ta
szarość pasowała idealnie do jego pięknego pyska. Nawet ta blizna, którą miał
przy oku pasowała. Pamiętałam, że ja miałam taką samą. Także na oku. Powoli
dotknęłam łapą blizny. Była ciepła i pulsowała delikatnie. Co to oznaczało?
Może to przez tę wędrówkę? Coś mogło mi zaszkodzić...
Nie
miałam czas dłużej nad tym myśleć. Opuściłam powoli głowę, żeby rozluźnić na
chwile mięśnie karku, po czym podniosłam ją z powrotem. Kraiga już nie było.
Wielka tacza była jednak bardziej czerwona niż wcześniej. Poczułam, że muszę zawyć.
Nabrałam więc powietrza w płuca i zawyłam. Echo poniosło mój głos bardzo
daleko. Czułam się lepiej. Nie wiem, czy to przez wycie, czy może przez blask
księżyca.
Nagle
poczułam, że ktoś lub coś za mną stoi. Wiedziałam, że wzgórze przy Krainie
Cienia nie jest najbezpieczniejsze, ale czemu to spotkało właśnie mnie.
Przecież niczym nie zawiniłam, nikogo tutaj nie zabiłam, bo wiedziałam co mi
grozi.
Powoli zaczęłam się odwracać. Cień tej postaci przypominał ptaka. Ogromnego ptaka z dziobem zakrzywionym z dół, jakby tylko czekał, żeby zbić mi go w czaszkę. Gdy tylko odwróciłam głowę tak, żeby go widzieć poczułam silny strumień powietrza. Postać wzbiła się wysoko ponad skałę, na której stałam i nagle, z niezwykłą prędkością zaczęło spadać na mnie. Niewyobrażalnie wysoki głos, jaki wydobył się z czeluści jego gardła aż usadził mnie w miejscu. Nie mogłam się ruszyć. Ptak był już blisko, ale nagle z cienia wyłoniła się kolejna postać. Tym razem był to wilk. Widziałam, jak rzuca się z kłami na to wielki ptaszysko, które omal mnie nie zabiło. Patrzyłam na to całe zajście, aż do momentu, kiedy wilk wskazał mi jaskinię ukryta w cieniu, której wczesnej nie widziałam. Posłusznie do niej poszłam, ale sekundę wcześniej blask odbitego światła od Księżyca padł na łeb wilka. Miał ogromną, krwawiącą ranę przy oku. Znów dotknęłam swoją bliznę. Tym razem była zadziwiająco lodowata.
Powoli zaczęłam się odwracać. Cień tej postaci przypominał ptaka. Ogromnego ptaka z dziobem zakrzywionym z dół, jakby tylko czekał, żeby zbić mi go w czaszkę. Gdy tylko odwróciłam głowę tak, żeby go widzieć poczułam silny strumień powietrza. Postać wzbiła się wysoko ponad skałę, na której stałam i nagle, z niezwykłą prędkością zaczęło spadać na mnie. Niewyobrażalnie wysoki głos, jaki wydobył się z czeluści jego gardła aż usadził mnie w miejscu. Nie mogłam się ruszyć. Ptak był już blisko, ale nagle z cienia wyłoniła się kolejna postać. Tym razem był to wilk. Widziałam, jak rzuca się z kłami na to wielki ptaszysko, które omal mnie nie zabiło. Patrzyłam na to całe zajście, aż do momentu, kiedy wilk wskazał mi jaskinię ukryta w cieniu, której wczesnej nie widziałam. Posłusznie do niej poszłam, ale sekundę wcześniej blask odbitego światła od Księżyca padł na łeb wilka. Miał ogromną, krwawiącą ranę przy oku. Znów dotknęłam swoją bliznę. Tym razem była zadziwiająco lodowata.
Weszłam
do jaskini. Unosił się w niej dość miły zapach. Miły? A cóż to znaczy, że lód
ma miły zapach, mówiłam do siebie.
Rzeczywiście był to lód. Cała jaskinia była nim pokryta. Weszłam jeszcze dalej.
W końcu doszłam do jej końca. Nie była to wcale tak duża jaskinia, jakby się
miało zdawać. Mogła pomieścić pół średniego stada. Położyłam się pod zachodnią
ścianą - była chłodniejsza. Nie wiem dlaczego, ale myślałam, że niczego innego
teraz nie potrzebuję, jak chłodu i zimna. Postanowiłam, że nie będę nic robiła,
dopóki nie wróci mój wybawca. Cóż. W końcu muszę mu podziękować.
Po
niespełna pół godzinie wrócił. Cały był we krwi, ale najwidoczniej nie swojej,
bo była ona... Błękitna. Musiałam się odezwać:
- Bardzo
Ci dziękuję...
- To nic.
- Przerwał mi. Jego głos był niski, chłodny, ale bardzo mi się podobał. -
Jestem Satoshi.
- Na mnie
mówią... Nyuu, ale nie wiem, czy to imię do mnie pasuje. Jest takie...
- Za
słodkie jak na ciebie wilczyco.
Zaskoczyła mnie taka odpowiedź. I co teraz miałam zrobić? Drążyłam więc dalej.
- Skąd ty
tyle wiesz?
- Jak to
skąd? Jesteśmy z jednej rodziny. Masz błękitną krew i kochasz chłód.
Nie
mogłam uwierzyć. On mówił dokładnie to, czego chciałam się po części dowiedzieć
od Kraiga.
- Aha -
mówił dalej swoim chłodnym tonem. - Musisz zmienić imię, musimy się stąd szybko
wynieść i pójść do siebie, na Wielkie Kry Lodowe.
- O co ci
chodzi? Przecież... Ja jestem z Krainy Cienia i...
- I nie
masz nic do gadania, Kraig już pewnie wie, że tu jesteś.
Nie
mogłam mu się stawiać. Był chłodny, ale mnie przekonał do swoich racji. Nie
mogliśmy dłużej czekać, ruszyliśmy wraz z zachodem pięknego czerwonego
Księżyca...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz