Podróż wcale nie dłużyła mi
się u boku tak pięknego wilka. Satoshi był bardzo okazałym, jak na wilka ze
swojej krainy. Zawsze myślałam, że są tak jedynie wilki o maści białej bądź
jasnoniebieskiej. Jakże ja się pomyliłam. Satoshi był czarny. Jak ja. Jego oczy
– mroźne. Dawno takich nie widziałam, o ile w ogóle. Piękno jego spojrzenia
ciągnęło mnie bardzo. Złam za nim, jakby zaczarowana. Dlaczego jednak nie mogę
usłyszeć i zrozumieć tego, co przed chwilą powiedział? O co chodzi? Może coś mi
się stało?
Gdy się obudziłam byłam już na
wielkiej lodowej pustyni. W Okół mnie kłębiła się dość duża wataha. Nagle
spostrzegłam, że Satoshi stoi przed jakimś wielkim, biały wilkiem z raną na oku
i grzbiecie. Nie mogłam się jednak na razie podnieść, więc zostało mi tylko przyglądanie
się. Gdy stadko rozgadanych wilków się rozeszło, skupiłam się na tym, co
wykrzykuje ten Wielki Wilk.
- Jak możesz?! Sato! Jeszcze
jeden takie występek, a będę musiał cię zabić!
- Nie chciałem, ale
ona…
W tym momencie łeb Sato
okręcił się, ponieważ wielka łapa Wielkiego Wilka uderzyła go tak mocno, że
szczęka nienaturalnie się wygięła. Na pysku został mu jednak ślad. Jakaś stara,
zabliźniona przedtem rana, znów się otworzyła. Gdy wilk skierował swój łeb z
powrotem na Wielkiego, na lód zaczęła powoli ściekać krew. Była ona niebieska,
wręcz błękitna.
„Gdybym tylko mogła się
ruszyć… Coś zrobić… Jakoś mu pomóc…” myślałam. Nic nie mogłam zrobić. Wpadłam
więc na pewien pomysł. Zaczęłam skomleć i powoli się podnosić, co jednak
kosztowało mnie wiele energii. Otrzepałam futro, ale i to nie pomogło. Oni
nadal o czymś rozmawiali. Nie mogłam teraz nic zrozumieć, ponieważ byłam za
daleko od nich, a sami ściszyli tony rozmowy. W trudem przeczłapałam się
bliżej, jednak po około pięciu metrach zatrzymał mnie głos Wielkiego
- Stój Młoda. Nie możesz się
ruszać w takim stanie.
Widziałam jak zeskakuje on z
wielkiej skały, na której stał uprzednio. Usiadłam więc i czekałam na rozwój
wydarzeń…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz