13 maja 2012

XXV.


Podróż wcale nie dłużyła mi się u boku tak pięknego wilka. Satoshi był bardzo okazałym, jak na wilka ze swojej krainy. Zawsze myślałam, że są tak jedynie wilki o maści białej bądź jasnoniebieskiej. Jakże ja się pomyliłam. Satoshi był czarny. Jak ja. Jego oczy – mroźne. Dawno takich nie widziałam, o ile w ogóle. Piękno jego spojrzenia ciągnęło mnie bardzo. Złam za nim, jakby zaczarowana. Dlaczego jednak nie mogę usłyszeć i zrozumieć tego, co przed chwilą powiedział? O co chodzi? Może coś mi się stało?
Gdy się obudziłam byłam już na wielkiej lodowej pustyni. W Okół mnie kłębiła się dość duża wataha. Nagle spostrzegłam, że Satoshi stoi przed jakimś wielkim, biały wilkiem z raną na oku i grzbiecie. Nie mogłam się jednak na razie podnieść, więc zostało mi tylko przyglądanie się. Gdy stadko rozgadanych wilków się rozeszło, skupiłam się na tym, co wykrzykuje ten Wielki Wilk.
- Jak możesz?! Sato! Jeszcze jeden takie występek, a będę musiał cię zabić!
- Nie chciałem, ale ona…  
W tym momencie łeb Sato okręcił się, ponieważ wielka łapa Wielkiego Wilka uderzyła go tak mocno, że szczęka nienaturalnie się wygięła. Na pysku został mu jednak ślad. Jakaś stara, zabliźniona przedtem rana, znów się otworzyła. Gdy wilk skierował swój łeb z powrotem na Wielkiego, na lód zaczęła powoli ściekać krew. Była ona niebieska, wręcz błękitna.
„Gdybym tylko mogła się ruszyć… Coś zrobić… Jakoś mu pomóc…” myślałam. Nic nie mogłam zrobić. Wpadłam więc na pewien pomysł. Zaczęłam skomleć i powoli się podnosić, co jednak kosztowało mnie wiele energii. Otrzepałam futro, ale i to nie pomogło. Oni nadal o czymś rozmawiali. Nie mogłam teraz nic zrozumieć, ponieważ byłam za daleko od nich, a sami ściszyli tony rozmowy. W trudem przeczłapałam się bliżej, jednak po około pięciu metrach zatrzymał mnie głos Wielkiego
- Stój Młoda. Nie możesz się ruszać w takim stanie.
Widziałam jak zeskakuje on z wielkiej skały, na której stał uprzednio. Usiadłam więc i czekałam na rozwój wydarzeń…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz