Mijała już druga noc od rozstania z Naldą. Bardzo
za nią tęskniłam, ale musiałam iść dalej. W końcu szukałam szczęścia ale
siebie.
- Kiedy znajdę szczęście - mówiłam do siebie.
W końcu zaczynało wstawać poranne słońce. Znalazłam
jakąś jaskinię. Wyglądała na opuszczoną, więc weszłam wgłąb.
- Jest tam ktoś? - niepewnie powiedziałam.
- Ktoś, kto, kt... - odpowiedziało mi echo.
Położyłam się na wystającym z ziemi kamieniu.
Wyglądałam jak lew siedzący na wielkiej skale, który pilnuje swojego
terytorium. Spodobało mi się to miejsce. Postanowiłam zostać tu na dłużej.
Okolica była piękna. Dużo zwierzyny i blisko do wodopoju. Jak z obrazka.
Mijał już 2 dzień mojego pobytu w jaskini. Musiałam
iść dalej. Wypoczęta i najedzona poszłam dalej. Zostawiłam to wszystko. Nie
czułam się tu dobrze. Pewnie dlatego, że wciąż czułam obecność Naldy i... Kogoś
jeszcze. Ale nie wiem co lub kto to był. Może to przez zmiany w sercu.
Szłam wolno podziwiając okolicę. Przede mną wielki
spad na dół. Nie było aż tak stromo więc zbiegłam w dół. Najbliższa cała droga
tak wyglądała. Musiał być tu wcześniej lodowiec albo coś w tym rodzaju. Po
kilku wzniesieniach położyłam się w cieniu zmęczona ciągłym biegiem. Oczy same
mi się zamykały. W końcu zasnęłam.
Śnił mi się wilk. Biegł obok mnie. Był starszy ode
mnie, ale czułam jakby był moim bratem, którego zawsze mi brakowało. Wszystkich
zabito przed moimi narodzinami. Gdy wszystko opowiadałam wilkowi on zatrzymał
się, spojrzał w niebo. Pokazał mi wszystkich na ogromnej zorzy. Byli tam w
komplecie. Zadowoleni, że spełniam swoje marzenia. Nagle wszystko znikło.
Obudziło mnie straszne dudnienie i trzęsąca się ziemia. To lawina! Ogromne
głazy pędziły wprost na mnie. Zaczęłam uciekać. Niestety nic mi to nie dało.
Ogromny kamień uderzył mnie prosto w głowę. Straciłam przytomność. Co się
działo potem? Podejrzewam, że targało mną nieziemsko. Ocknęłam się w nocy. Nie
wiem czy minęły godziny czy dni od tego zdarzenia. Wiem, że bolała mnie głowa i
miałam złamaną tylną łapę. Teraz "trójnożna" poszłam pod najbliższe
drzewo, żeby sprawdzić czy nic więcej mi się nie stało. Na szczęście prócz
niesprawnej łapy, okropnego bólu łba i mnóstwa zadrapań nic mi nie było. Miałam
ogromne szczęście, że jeszcze żyję.
Księżyc pięknie był widoczny. Jak obiecałam
Naldzie, w każdej sytuacji zwątpienia, czy jakiejkolwiek innej, zawyłam do
księżyca. Po chwili słyszę odpowiedź. Wycie wilka, ale nie była to Nalda. Wilk
był blisko mnie, ale nie mogłam go znaleźć. Zawyłam znów, ale nieznajomy już
się nie odezwał. Położyłam łeb na liściach i miałam nadzieję, że dowiem się kim
był ten, którego wycie zostanie już na zawsze w mojej pamięci...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz