Odwróciłam się
niepewnie. Wiedziałam, że widok nie będzie dla mnie zachwycający. Zwłaszcza po
tym, co się stało ostatnio. Tak, w moją stronę biegł Satoshi.
- Co ja mam robić? –
spytałam Karasu.
- To, co ci
podpowiada serce… - odrzekł tajemniczo.
- Idę do niego, może
się czegoś dowiem.
Po tych słowach
opuściłam trochę głowę, po czym zaczęłam iść z stronę Sato. Dlaczego powiedział, że zachowuję się jak
księżniczka? Czego znowu nie wiem?!
Wielu rzeczy, ale
nie przejmuj się, to się dziś skończy…
Oczywiście głos
wiedział lepiej. Dziś się wszystko
skończy? Ciekawe, co ma się dziś takiego ważnego stać.
Satoshi zaczął biec
w moją stronę, bo dzieliło nas jeszcze około dwadzieścia metrów pokrytej lodem,
drogi. Gdy zbliżył się na tyle, żeby zobaczyć jego piękne źrenice zrozumiałam,
że… Żałuje tego, co powiedział, albo sam pochował Krazowa i nie może się
jeszcze po tym podnieść. Końcówki futra na pysku miał od zamarzniętych łez i
krwi. Skąd krew?
- Chinmoku… - zaczął
– zachowałem się jak idiota. – podszedł spokojnie już do mnie. Stanęłam w
miejscu i patrzyłam na niego i jego zachowanie. Karasu nadal siedział mi na
grzbiecie, wbijając się lekko szponami w skórę, żeby nie spaść. Wiedział, że ja
i tak ledwo to czuję.
- Obraziłeś mnie… -
powiedziałam cicho, nadal nie spuszczając z niego wzroku.
- Wiem o tym.
Przepraszam, coś kazało mi…
- Coś?! – przerwałam
mu.
- Wybacz. Tak,
chciałem to powiedzieć, bo wydajesz się czasem jakbyś chciała nią być. Wszystko
musi się zawsze kręcić wokół Ciebie. – opuścił głowę. Było widać, że nie chciał
tego mówić. Ale powiedział. I to się liczyło.
- Naprawdę uważasz,
że taka jestem? Że wszystko kręci się wokół mnie? Powiem Ci coś szczerze… -
warknęłam – jakby tak właśnie było, to albo już by mnie tu nie było, albo
skomlałabym ci o tym, co mam w głowie. O głosie, który mnie prześladuje, o
rodzinie, której nie mam. O ranach, które się nigdy nie zabliźnią!
Zamurowało go.
- Naprawdę słyszysz
głos? – jego głos drżał. – Ja… Ja nie wiedziałem. Myślałem, że się zgrywasz, że
robisz to… Żeby… Żeby zwrócić na siebie moją uwagę. Jaki ja byłem ślepy!
- Nic nie szkodzi. –
rzekłam tylko.
On nie wie, ile
przeszłaś... Nie wierzy Ci…
Głos powiedział coś,
czego się bałam. Nie chciałam, żeby nasza znajomość się skończyła przez to, że
ktoś, kogo uważam za przyjaciela zostawił mnie samą przez to, że mi nie wierzy.
Osobiście wierzyłam w każde jego słowo. W każdy jego gest. A teraz, to już
powoli traciło sens.
- Jaki jest ten
głos? – spytał nagle.
- Ale jak `jaki`?
Normalny. Siedzi w głowie, nie chce wyjść i dopowiada to, co chcę usłyszeć.
Odpowiada na pytania, których odpowiedź muszę poznać szybko. Nic więcej.
Niedługo…
- Chcę, żeby to się
już skończyło. Sato, ja nie mam już siły na to, że mówię coś, a ty i tak nie
wierzysz moim słowom. To nie ma sensu. Odchodzę dziś. W nieznane. A ty… - nie
chciało przejść mi to przez gardło – ty zostaniesz tu sam.
Dobrze robisz… To i
tak koniec…
- Co ty mówisz?! Nie
zostawię cię samej! A przynajmniej nie żywej samej… - w jego oczach zapłonął
dziwny ogień.
- Żywej? – Karasu
poderwał się do lotu i usiadł na szczycie góry lodowej, w której go poznałam.
- Kra! Kra! – jego
głos przeszedł dolinę. Kruk wiedział, że stanie się coś niedobrego, bo w jego
głosie dało się wyczuć ból i cierpienie.
- Karasu! – zawyłam
do niego. – Karasu, chodź tu! – obróciłam głowę w stronę kruka.
- Nie, Chinmoku.
Sama musisz sobie z nim poradzić.
- Ale z czym
miałabym so… - urwałam, bo nagle poczułam silne uderzenie w bok. To Satoshi.
Zaatakował mnie.
- Nie opuścisz mnie!
Nie będę już sam! Nigdy! – warczał na mnie, wbijając pazury w moje żebra.
- Aaaaawr! Zostaw…
mnie!
- NIGDY! – zawarczał
głośniej i pchnął mnie na ziemię.
Leżałam teraz na
ziemi, z okropnym bólem żeber. Musiałam, że szybko podnieść.
Leż spokojnie…
Dlaczego mam leżeć
spokojnie, jak on chce mnie zabić?! Głos oszalał. Byłam zdana tylko na siebie.
- Już jesteś na
zawsze moja. – podszedł do mnie powoli, warcząc i gapiąc się wielkimi, czarnymi
oczyma. Dlaczego on chce mnie zabić?
- Dlaczego chcesz
mnie zabić? – wstałam szybko, zaczęłam go okrążać. Nie miałam w zwyczaju
uciekać przed walką, bądź słowami.
Satoshi nie
odpowiedział. Gdy tylko chciałam znowu otworzyć pysk, żeby coś powiedzieć, on
skoczył na mnie. Wbił się kłami w mój nos, a pazurami podrapał pierś. Od razu na
lodzie było można zobaczyć plamy krwi. Satoshi mocno zacisnął swoje szczęki na
nosie. Zaczęłam się dusić. Łapami jeszcze próbowałam się bronić. Szarpałam się.
Nie chciałam tak zginąć. Oddech stał się płytki. Powoli oczy zachodziły mi
mgłą. Dlaczego to musi się tak skończyć?
Karasu, pomóż.
On Ci nie pomoże…
Tego mi brakowało.
Tak właśnie chciałam, żeby brzmiały ostatnie słowa głosu. Zero nadziei.
Poddałam się. Nie walczyłam już z Satoshim. To
nie ma sensu. Muszę zginąć. Karasu mnie zostawił. Kilka godzin zmieniło
wszystko. Nie chciałam się już szarpać, było mi obojętne, czy mnie
zagryzie, czy nie. W końcu każdy z nas musi kiedyś umrzeć. A to, że zginę
zagryziona przez przyjaciela dodaje mojej śmierci jakąś nutkę dramaturgii.
Szkoda, że to musi się tak skończyć.
Nagle poczułam, że
mój oddech stał się bardzo płytki. Przestałam się już szamotać, położyłam się
po prostu na ziemi. On stał nade mną z zaciśniętymi szczękami na moim nosie.
Pode mną było pełno krwi, leżałam w jej kałuży, ale nie obchodziło mnie to. Chciałam
już po prostu umrzeć. Nie walczyłam z bólem. Czułam go na całym ciele.
Przeszywał moją głowę. Był wszędzie. Przez cały czas, od kiedy Satoshi zacisnął
szczękę na moim nosie miałam zamknięte oczy. Dopiero teraz je otworzyłam. To,
co zobaczyłam zatrzymało na moment moje serce, bijące i tak już słabo. Oczy
Satoshi’ego były zupełnie inne. Czarne, bez emocji. Nie dało się z nich
wyczytać zupełnie nic. Nawet gniewu, chęci mordu. Bezustannie wpatrywały się we
mnie. W moje oczy. Nie wiem, czy chciał coś z nich wyczytać, w każdym bądź
razie gapił się w te dwie zielone kulki bez mrugnięcia. Przeszedł mnie nagle
zimny dreszcz, po czym ból przestrzelił moje ciało.
Zaczęłam widzieć
podwójnie. Zamknęłam znowu oczy, że zgasić jakoś nasilające się zawroty głowy. Koniec
był bliski, to oczywiste. Serce zwolniło. Odpływałam. Widziałam przed sobą
wszystko, co spotkało mnie przez ten czas. Naldę, Kazuę, nawet Kara. Mała Lucy
także przebiegła mi w wyobraźni. Tak, to już koniec.
Nagle poczułam, że serce
się zatrzymuje. Ostatnie słowa, jakie słyszałam od Satoshi’ego trochę mną
wstrząsnęły.
- To dla twojego
dobra, kochanie…
Po czym jego kły
zatopiły się w mojej krtani.
- …Nez… Nez… Nez!
Obudź się w końcu. – dziewczyna poczuła, że koc się z niej zsuwa. Odruchowo zaczęła ręką łapać za kołdrę, ale
ona była szybsza. Teraz leżała w piżamie na łóżku, wśród stosu poduszek, które
porozrzucała przez sen.
- Już wstaję… -
powiedziała sennie. – Która godzina?
Nie usłyszała jednak
odpowiedzi. Podniosła się i usiadła na swoim pasiastym prześcieradle…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz