13 maja 2012

XX.


- Dlaczego? - Pytałam.
- Musisz stać się... - zawahała się - normalnym wilkiem.
- Jak to? Taka jestem zła?
- Nie, nie mówię, że jesteś zła. Po prostu jak masz być moim Kudanem to musisz na początku stać się normalna.
Opuściłam smutno głowię. 'Musisz na początku stać się normalna...' te słowa zabolały. I to bardzo. Lucy powinna wiedzieć, że to mogło mnie urazić. Widać nie jestem już tak potrzebna i tak przewidywalna.
Nagle dziewczynka wstała z miejsca. Podeszła do błękitnej tafli wody. Włożyła do niej swoje blade, malutkie rączki. Przyglądałam się z pewnej odległości. Po chwili wyciągnęła je z wody. Zrobiły się czerwone i zaczęły iskrzyć. Podeszła do mnie i powiedziała:
- Nyuu, to może trochę zaboleć...
Już chciałam jej odpowiedzieć, ale nie zdążyłam, bo jej ręce złapały mnie za pysk i mocno ścisnęły. Była to niewyobrażalna siła. Siła ukryta w małej dziewczynce. Nagle zrobiło mi się słabo. Opadłam na ziemię...

-Gdzie ja jestem? Lucy? Co się dzieje?
- Nic nie mów. Nikt nie może zauważyć, że z tobą rozmawiam tutaj.
Jak to 'tutaj', pomyślałam. Rozejrzałam się. Wszędzie był ogień. Ogromne, zionące płomieniami pieczary, wielkie studnie lawy - to wszystko znajdowało się obok nas.
- Lucy! Uważaj! - krzyknęłam i ruszyłam w jej stronę.
Nad jej głową pojawiła się ogromna kula ognia. Skoczyłam nad dziewczynkę, a obiekt uderzył prosto w moją pierś. Spadłam z olbrzymim hukiem, drążąc w ziemi sporą wyrwę.
- Nyuu. Nie gniewaj się - mówiła zapłakana Lucy. - To musiało się stać. Musisz umrzeć, żeby narodzić się na nowo.
- Dlaczego? - szeptałam. Straszliwy ból rozrywał mnie od środka. Ledwo mogłam mówić.
- Musisz, takie jest Przeznaczenie...

Ocknęłam się w jaskini. Nikogo nie było wokół mnie. Wyszłam więc z pieczary. Zobaczyłam polankę. Była mi ona już dobrze znana. To właśnie na niej spotkałam po raz pierwszy wilka. Była to Nalda. Poszłam przed siebie jeszcze parę metrów. Doszłam do skarpy, która była niedaleko. Jej tu przecież nie było, pomyślałam. Spojrzałam na dół. Nie było wcale wysoko. Na dole siedziało parę wilków. Zawiał bardzo przyjemny, chłodny wiatr. Był to taki jaki można było spotkać tylko w Nevendarr. Dlaczego poczułam go tu? W tym lesie? Nie wiem. Nie miałam czasu długo nad tym myśleć gdyż, zauważyłam, że wszystkie wilki na dole patrzą wprost na mnie. Po chwili wstał ogromny, umięśniony, czarny wilk. Zeszłam do niego. Podeszłam bliżej i... Nie mogłam w to uwierzyć. To był Kameo! Mój ojciec! Podbiegłam do niego. Wtuliliśmy się w siebie. Zauważyłam, że ma dużą ranę na tylnej łapie. Nie miałam czasu zapytać, bo on się odezwał:
- Choć do nas. Do reszty.
- Dobrze, ale... - zawahałam się - Co wy wszyscy tu robicie?
- Zaraz się dowiesz.
Widać było, że coś przede mną ukrywa. Nie wiedziałam jednak co. Nie wiem, czy chciałam wiedzieć, bo poczułam, że to coś złego. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że byli tam wszyscy. Moi rodzice, Karo i... Nalda. I tu się zawahałam.
- Ale... Ale przecież ty nie żyjesz?! Jak ty tu...? Skąd ty tu? - pytałam Naldę.
- Widzisz mnie, bo jestem tylko wspomnieniem. Nie ma mnie tu. To tylko wyobraźnia.
- Ojcze! A ty?
- Też. Laira też. Nawet Karo - spojrzał mi głęboko w oczy.
Odsunęłam się. Nie mogłam uwierzyć w to co on mówi. Cała czwórka. Kameo, Laira, Nalda i Karo... Oni... Nie żyją?! Zostałam sama?! Szybko się odwróciłam i zaczęłam biec przed siebie. Nie płakałam. I nie miałam zamiaru. Uciekałam przez prawdą z kamiennym sercem. W końcu zatrzymałam się przed wielką polaną, kilka kilometrów od nich. Usiadłam zziajana pod wielką dziką różą. Powiedziałam sama do siebie:
- Czas wszystko przemyśleć... - położyłam głowę na łapach i zamknęłam oczy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz