Ruszyliśmy w długą i męczącą
drogę. Makuru szedł przodem. Wskazywał mi drogę.
- A mówiłeś, że o mnie
wiele słyszałeś. Skąd? - powiedziałam przerywając ciszę.
- Zacznę od początku.
Kazana, moja matka, zabrała mnie kiedyś na wycieczkę do Nevendarr. My, smoki
wampirze, gdy jesteśmy młode wchodzimy na grzbiet matki i lecimy tam, gdzie ona
chce. Więc pewnego razu Kazana, bo my nie zwracamy się do rodziców przez
'matka' czy 'ojciec', zabrała nas do Nevendarr. Byłem wtedy zaledwie
dwulatkiem. Nie wiedziałem co mam ze sobą tam zrobić. Kazana nie mówiła nam po
co tam lecimy. Po wylądowaniu widziałem Lairę, Twoją matkę, rozmawiającą z
gryfem. Tam po raz pierwszy usłyszałem Twoje imię Cieniu. Nie słyszałem całej
rozmowy. Wychwyciłem tylko: czy mógłbyś zająć się Cieniem? Odpowiedź gryfa
brzmiała: Oczywiście, ale za cenę... Niestety musiałem już iść w stronę
odchodzącego rodzeństwa i Kazany. Zapytałem Kazany kim jest Laira. Powiedziała
mi, że jest to twórczyni ziemskiej populacji wilków. Najmądrzejsza przywódczyni
watahy z Nevendarr. Zacząłem się nią interesować. Po kilku dniach spędzonych w
Mrocznym Lesie, Kazana kazała po raz pierwszy spróbować latania. Bałem się.
Byłem mały i tchórzliwy. Kazana zaprowadziła nas nad wielki kanion. Spadek w
dól miał ze 30 metrów. Baliśmy się. Rallion, najstarszy z nas, spróbował jako
pierwszy. Zbliżył się do krawędzi, podskoczył, zamachał skrzydłami i poleciał w
górę. Zachęcał nas do próby lotu. Po Rallionie na niebie znaleźli się jeszcze
Onnel, Kuzua, Liiop i Ghiil. W końcu przyszedł czas n mnie. Podszedłem do
krawędzi. Obróciłem łeb w stronę Kazany. Bacznie się mi przyglądała. Już
chciałem podskoczyć, gdy nagle zza krzaka wyskoczyła Laira. Złapała mnie za
skrzydło i jednym silnym pociągnięciem mi je wyrwała. Krew była wszędzie. Spojrzałem
w niebo. Moje rodzeństwo zniknęło. Kazany także nie było. Wszystkim udało się
uciec. Tylko ja zostałem na łasce watahy z Mrocznego Lasu. Ryczałem, wołałem o
pomoc. W końcu zauważyłem na niebie Kazanę. Miała do ogona przyczepionego
wilka. Tak mocno zacisnął szczęki, że wbił się w kość i nie mógł się uwolnić.
Kazana podleciała do kanionu i walnęła ogonem z całej siły w kamienną ścianę.
Wilk puścił i spadł na samo dno kanionu. Uderzenie rozległo się po całym
lesie...
- Tak, słyszałam je -
przerwałam mu. - To był Maalkon. Nasz doradca. Ale mów dalej.
- Po śmierci Maalkona,
Laira zostawiła mnie w spokoju, zebrała stado i uciekli. Kazana chwyciła mnie
za drugie skrzydło i uciekliśmy do kryjówki, którą znalazła wcześniej.
Próbowała zatamować krwawienie z mojej rany. Nic nie dało się zrobić. Traciłem
krew. Bladłem z minuty na minutę. Ja schodziłem z tego świata. Cień rozumiesz?
Umierałem na oczach rodziny. Byłaś w takiej sytuacji, że wszyscy patrzyli jak
umierasz? Odpowiedz mi.
- Jaa... Więc... Ja
nigdy nie czułam się tak, jakbym żyła. Zawsze w jakiś sposób byłam na tamtym
świecie. Nie wiedziałam co to życie póki nie spotkałam Naldy, Kara. Może jak
poznam Ciebie to także się czegoś o życiu dowiem.
- Może. Zróbmy przerwę,
dobrze?
Szliśmy już od godziny i byliśmy
już zmęczeni. Musieliśmy odpocząć przed dalszą drogą. Makuru podszedł do
ogromnego drzewa, walnął ogonem w nie. Roślina z hukiem uderzyła w ziemię.
Położył się tuż obok drzewa. Ogon zwinął w okrąg zostawiając miejsce w środku
dla mnie.
- Chodź. Prześpimy się,
a potem ruszamy dalej. Słońce niedługo wstanie. Nie masz się co martwić.
Ostatni raz tego dnia spojrzałam tęsknie w księżyc. Na jego powierzchni ukazała mi się twarz Kara.
Ostatni raz tego dnia spojrzałam tęsknie w księżyc. Na jego powierzchni ukazała mi się twarz Kara.
- Obym wiedziała co
robię - szepnęłam cicho do siebie.
Obróciłam się, podeszłam do
Makuru i ułożyłam się przy jego boku. Nastał błogi sen...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz