13 maja 2012

XXXIV.


- W końcu się spotykamy, Satoshi, synu Makary! -warknął Mahaki nawet nie odwracając głowy w stronę mojego przyjaciela.
- Jak śmiesz wymawiać jego imię na głos, morderco?! -Satoshi był bardzo zdenerwowany.
- Hahahaha - śmiech Mahakiego był tutaj naprawdę nie namiejscu - Ja? Mordercą? Chyba ogłupiałeś? - powiedział wilk, po czym w końcuodwrócił się mordą do Satoshiego.
Ciało Satoshiego było bardzo poranione. Nie widziałamtego wcześniej. Serce zabolało mnie, że przyjaciel jest tak pokrwawiony.  Na łapach wisiała mu luźna skóra, kark miałporozcinany, a z ogona została odcięta prawie połowa. Z uszu i pyska takżeciekła krew, ale Satoshiemu chyba nie za bardzo przeszkadzał ten fakt. Chciałmnie uratować. Wierzyłam w to.
- Satoshi! - krzyknęłam do niego.
- Spokojnie... Wszystkim się zajmę.
Teraz do rozmowy wtrącił się Mahaki.
- Gdzieś ty był, że taki wrak z ciebie został? Biłeśsię ze swoim cieniem, który okazał się o wiele lepszy od oryginału? - drwił zniego Mahaki.
- Zamknij się. - Satoshi wymownie spojrzał na mnie zzawilka, który stał między nami. Chciał mi przekazać, żebym się nie martwiła, żewszystko jest pod najlepszą kontrolą, a te rany i tak się zagoją. Uwierzyłam muw każde słowo, każdy gest. Przyszedł po mnie, więc nie mogłam mu nie wierzyć. -Mógłbyś chociaż przyznać się przed Wielką Radą, że to ty! Że to ciebie powinnosię ścigać, a nie nas, wilki czystej krwi! - powiedział teraz do Mahakiego zogromnym gniewem.
- Jesteś głupi. Nic nie rozumiesz. Ale nie przyszedłeśtu po to, żeby ze mną o tym rozmawiać, prawda? - zapytał Mahaki.
- Oczywiście, że nie. Przyszedłem po nią! - wiedziałam,że chodzi tu o mnie.
Zorientowałam się również, że wilczyca, która była tuwcześniej wraz z małymi wilczki zniknęła. Gdzieona poszła? Może wie, co się święci, pomyślałam.  Gniazdo było dziwniepuste bez niej i małych stworzonek. Dlaczegoposzli? Jednak pytania nadal mnie nękały.
Wstałam powoli, ale łapy uginały się pode mną. Chciałampodejść do Satoshiego, chciałam powiedzieć mu o wszystkim, ale nie mogłam. Organizmbardzo się temu sprzeciwiał. Upadałam znów na ziemię.
- Chinmoku! – Satoshi ruszył w moją stronę, alezasłonił mu drogę Mahaki, groźnie warcząc.
- Zostaw ją! Ona należy do mnie.
- Chyba żartujesz…
Satoshi bez większego wahania rzucił się na niego. Odrazu jego piękne, biały kły zbiły się w grube futro Mahakiego. Tej jednak szybkoporadził sobie z napastnikiem oganiając go łapą. Satoshi był mniejszy odMahakiego. O wiele mniejszy, ale czułam, że sercem i duszą o wiele bardziejprzewyższa wielkoluda. Satoshi spadł kilka centymetrów od krawędzi gniazda.Cała konstrukcja zadrżała.
Ja w tym czasie, kiedy przyjaciel zaczął walkę zmordercą, starałam się wstać, ponieść się na łapy, ale nie mogłam. Jedyne co misię udało, to przyczłapać się pół metra w ich stronę.
- A ty dokąd, malutka? – zapytał Mahaki widząc, że cośkombinuję?
- Nie twój interes! – warknęłam na niego, po czymstarałam się jakoś dojść do Satoshego.
Jeszcze trzy metry! Dwa i pół! Jeszcze metr… A!
Mahaki złapał mnie zębami za kark i rzucił mną w stronęskały. Uderzyłam w nią z całą siłą, więc teraz mogłam już się pożegnać zjakimkolwiek chodzeniem. Przynajmniej na dłuższy czas.
Satoshi jednak, ku mojej uciesze podniósł się i gdyMahaki był nadal zwrócony w moją stronę, wskoczył mu na kark, wgryzając siębardzo mocno. Mahaki chciał go strząsnąć, ale przyjaciel się nie dał. Wbił głębokopod skórę oprawcy pazury. Teraz mu sięnie wywinie, pomyślałam, obserwując wszystko bardzo uważnie.
- Złaź ze mnie żmijo! – powiedział Mahaki, stanął natylne łapy, ale źle oszacował ciężar dwóch wilków.
Po tych słowach widziałam już tylko dwa ciała znikająceza krawędzią gniazda…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz