- W końcu się spotykamy,
Satoshi, synu Makary! -warknął Mahaki nawet nie odwracając głowy w stronę
mojego przyjaciela.
- Jak śmiesz wymawiać jego
imię na głos, morderco?! -Satoshi był bardzo zdenerwowany.
- Hahahaha - śmiech Mahakiego
był tutaj naprawdę nie namiejscu - Ja? Mordercą? Chyba ogłupiałeś? - powiedział
wilk, po czym w końcuodwrócił się mordą do Satoshiego.
Ciało Satoshiego było bardzo
poranione. Nie widziałamtego wcześniej. Serce zabolało mnie, że przyjaciel jest
tak pokrwawiony. Na łapach wisiała mu luźna skóra, kark miałporozcinany,
a z ogona została odcięta prawie połowa. Z uszu i pyska takżeciekła krew, ale
Satoshiemu chyba nie za bardzo przeszkadzał ten fakt. Chciałmnie uratować.
Wierzyłam w to.
- Satoshi! - krzyknęłam do
niego.
- Spokojnie... Wszystkim się
zajmę.
Teraz do rozmowy wtrącił się
Mahaki.
- Gdzieś ty był, że taki wrak
z ciebie został? Biłeśsię ze swoim cieniem, który okazał się o wiele lepszy od
oryginału? - drwił zniego Mahaki.
- Zamknij się. - Satoshi wymownie
spojrzał na mnie zzawilka, który stał między nami. Chciał mi przekazać, żebym
się nie martwiła, żewszystko jest pod najlepszą kontrolą, a te rany i tak się
zagoją. Uwierzyłam muw każde słowo, każdy gest. Przyszedł po mnie, więc nie
mogłam mu nie wierzyć. -Mógłbyś chociaż przyznać się przed Wielką Radą, że to
ty! Że to ciebie powinnosię ścigać, a nie nas, wilki czystej krwi! - powiedział
teraz do Mahakiego zogromnym gniewem.
- Jesteś głupi. Nic nie
rozumiesz. Ale nie przyszedłeśtu po to, żeby ze mną o tym rozmawiać, prawda? -
zapytał Mahaki.
- Oczywiście, że nie.
Przyszedłem po nią! - wiedziałam,że chodzi tu o mnie.
Zorientowałam się również, że
wilczyca, która była tuwcześniej wraz z małymi wilczki zniknęła. Gdzieona
poszła? Może wie, co się święci, pomyślałam. Gniazdo było
dziwniepuste bez niej i małych stworzonek. Dlaczegoposzli? Jednak
pytania nadal mnie nękały.
Wstałam powoli, ale łapy
uginały się pode mną. Chciałampodejść do Satoshiego, chciałam powiedzieć mu o
wszystkim, ale nie mogłam. Organizmbardzo się temu sprzeciwiał. Upadałam znów
na ziemię.
- Chinmoku! – Satoshi ruszył w
moją stronę, alezasłonił mu drogę Mahaki, groźnie warcząc.
- Zostaw ją! Ona należy do
mnie.
- Chyba żartujesz…
Satoshi bez większego wahania
rzucił się na niego. Odrazu jego piękne, biały kły zbiły się w grube futro
Mahakiego. Tej jednak szybkoporadził sobie z napastnikiem oganiając go łapą.
Satoshi był mniejszy odMahakiego. O wiele mniejszy, ale czułam, że sercem i
duszą o wiele bardziejprzewyższa wielkoluda. Satoshi spadł kilka centymetrów od
krawędzi gniazda.Cała konstrukcja zadrżała.
Ja w tym czasie, kiedy
przyjaciel zaczął walkę zmordercą, starałam się wstać, ponieść się na łapy, ale
nie mogłam. Jedyne co misię udało, to przyczłapać się pół metra w ich stronę.
- A ty dokąd, malutka? –
zapytał Mahaki widząc, że cośkombinuję?
- Nie twój interes! –
warknęłam na niego, po czymstarałam się jakoś dojść do Satoshego.
Jeszcze trzy metry! Dwa i pół!
Jeszcze metr… A!
Mahaki złapał mnie zębami za
kark i rzucił mną w stronęskały. Uderzyłam w nią z całą siłą, więc teraz mogłam
już się pożegnać zjakimkolwiek chodzeniem. Przynajmniej na dłuższy czas.
Satoshi jednak, ku mojej
uciesze podniósł się i gdyMahaki był nadal zwrócony w moją stronę, wskoczył mu
na kark, wgryzając siębardzo mocno. Mahaki chciał go strząsnąć, ale przyjaciel
się nie dał. Wbił głębokopod skórę oprawcy pazury. Teraz mu sięnie wywinie,
pomyślałam, obserwując wszystko bardzo uważnie.
- Złaź ze mnie żmijo! –
powiedział Mahaki, stanął natylne łapy, ale źle oszacował ciężar dwóch wilków.
Po tych słowach widziałam już
tylko dwa ciała znikająceza krawędzią gniazda…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz