13 maja 2012

XXIX.


    Strasznie zaczęła mnie boleć głowa. Dlaczego tutaj tak wieje, pomyślałam. Nie chciałam otwierać oczu. Wiedziałam, że coś będzie nie tak, jak tylko je otworzę. Jednak musiałam to zrobić, żeby zorientować się w sytuacji. A wcale nie była ona wesoła.
    Ponad czterdzieści metrów nad ziemią gryf trzymał mnie w swoich szponach. Ciekawe gdzie lecimy, pomyślałam, ale gdy tylko wypowiedziałam w myślach te słowa zostałam z brutalną siłą puszczona ze szponów. Teraz spadałam. Ostry wiatr przeszywał moje futro, a ja nie byłam w stanie się ruszyć. Moje ciało zostało sparaliżowane jakąś dziwną, chyba magiczną mocą. Po jakichś dziesięciu metrach ciśnienie w mojej głowie spowodowało dziwne uczucie u mnie. Nie było to ani miłe, ani też straszne. Po prostu jakby ktoś wsadził mi do głowy balon, który nie mógł pęknąć. W balonie jednak coś było. Miłego w dotyku, delikatnego. Do ziemi zostało trzydzieści metrów, myślałam. Czy to właśnie tak będzie wygląda mój koniec, czy to właśnie tak kończą ci, którzy oddają się wrogom, żeby jedna ze stada mogła wrócić do siebie? Na to wygląda... I w tym momencie podlatuje pode mnie Mefisto i spadam mu z hukiem na kark. Nie był to mały obszar ciała, więc wyglądało to, jakbym spadła na olbrzymią poduszkę.
   Jego grzywa, która była całkowicie czarna, była bardzo miękka. Nie pasowało do do reszty futra, która była sztywna i bardzo niewygodna. Czy to się dzieje naprawdę, czy tylko śnię?
   - Nie śnisz malutka. - odezwał się Mefisto. Nie zdziwiło mnie to, że umie czytać w myślach.
   - Więc... Dlaczego twój poprzednik mnie puścił? Chcecie mnie zabić?
   Zaśmiał się.
   - Oczywiście, że nie. Jesteś dla nas skarbem. Prawdziwym skarbem.
   Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć na coś takiego. Przecież nie mogłam byś tym skarbem naprawdę. Oni mnie nie znają, a ja nie znam ich. Wyczuwałam tu jakiś podstęp.
   - Dokąd lecimy? - zapytałam, nie będąc pewna, czy odpowie mi prawdę.
   - Do naszej kryjówki, gdzie nikt cię nie znajdzie malutka. - wielki łeb Mefista obrócił się na bok. Teraz jego wielkie, czarne oko patrzyło wprost na mnie.
   - Dlaczego? Umiem radzić sobie sama. - chciałam wstać, ale łapy odmówiły mi posłuszeństwa i wylądowałam z powrotem na brzuchu.
   - Widzę. I jesteś strasznie irytująca, jak wbijasz mi pazury w grzbiet, wiesz?
   - Przepraszam. - nie zauważyłam tego wcześniej. Pazury miałam wyciągnięte i wbijały się głęboko w skórę gryfa.
   Zapadła, nielubiana przez nikogo, cisza. lecieliśmy tak dobre dziesięć minut, po czym zauważyłam, że reszta gryfów gdzieś zniknęła.
   - Co się stało z resztą? Gdzie oni zniknęli? - wiedziałam, że są to naiwne pytania, ale nie mogłam już dłużej milczeć.
   - Polecieli do siebie. Ja mieszkam sam, na szczycie góry Derryt. Nie musisz się obawiać, nic ci się tu nie stanie, do puki będziesz ze mną.
   - Do czego jestem ci taka potrzebna, co?
   Nie odpowiedział. Znów zapadła cisza. Słychać było jedynie wiatr, który obijał się Mefisto o skrzydła. Nie zapomnę tego dźwięku.

    Po jakimś czasie w końcu zza chmur ukazała nam się góra. Wywnioskowałam, że to właśnie Derryt, bo Mefisto leciał wprost na ogromną skarpę. Była ona porośnięta dość gęsto paprociami, kwiatami o fioletowej barwie oraz małymi krzewami.
   Wylądowaliśmy miękko, po czym Mefisto położył się na brzuchu i przechylił trochę na bok, żebym mogła się ześlizgnąć z jego wielkiego ciała. Spadłam z niego, jak drewniana belka, ale nie jęknęłam. Postanowiłam, że jeżeli będę pokazywała mniej emocji, co za tym idzie, mniej strachu, to może mnie puści. Mefisto podszedł do mnie i chwycił delikatnie dziobem mnie za futro na karku. On pomagał mi wstać.
   - No dalej, maleńka. - mówił z moim futrem w dziobie.
W końcu udało mi się stanąć na łapach. Czułam się świetnie. Czekałam tylko na to, aż mnie puści. I w końcu to uczynił. Podeszłam powoli do krawędzi skarpy. Widok był niesamowity. Kraina była cała złożona z gór, pagórków i urwisk. Wszystko pięknie porośnięte za zielono z fioletowymi kwiatami. Widok zaparł mi dech w piersi.
   - Pięknie tu, prawda? - zbliżył się do mnie powoli. - Nie chcę, żeby ci się tu coś stało, dlatego musimy się spieszyć.
   -Dobrze - powiedziałam i obróciłam się do niego. Nie wiem, czy to, co zauważyłam, to było właśnie to, ale w jego twarzy było można wyczytać coś na kształt ulgi. Może myślał, że będę się stawiać, i nigdzie z nim nie pójdę? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Uśmiechnął się do mnie i poszedł przodem w wąską, jak na niego, wydeptaną ścieżynkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz