Strasznie zaczęła mnie boleć
głowa. Dlaczego tutaj tak wieje, pomyślałam. Nie chciałam otwierać oczu.
Wiedziałam, że coś będzie nie tak, jak tylko je otworzę. Jednak musiałam to
zrobić, żeby zorientować się w sytuacji. A wcale nie była ona wesoła.
Ponad czterdzieści metrów nad
ziemią gryf trzymał mnie w swoich szponach. Ciekawe gdzie lecimy,
pomyślałam, ale gdy tylko wypowiedziałam w myślach te słowa zostałam z brutalną
siłą puszczona ze szponów. Teraz spadałam. Ostry wiatr przeszywał moje futro, a
ja nie byłam w stanie się ruszyć. Moje ciało zostało sparaliżowane jakąś
dziwną, chyba magiczną mocą. Po jakichś dziesięciu metrach ciśnienie w mojej
głowie spowodowało dziwne uczucie u mnie. Nie było to ani miłe, ani też
straszne. Po prostu jakby ktoś wsadził mi do głowy balon, który nie mógł
pęknąć. W balonie jednak coś było. Miłego w dotyku, delikatnego. Do ziemi
zostało trzydzieści metrów, myślałam. Czy to właśnie tak będzie wygląda
mój koniec, czy to właśnie tak kończą ci, którzy oddają się wrogom, żeby jedna
ze stada mogła wrócić do siebie? Na to wygląda... I w tym momencie
podlatuje pode mnie Mefisto i spadam mu z hukiem na kark. Nie był to mały
obszar ciała, więc wyglądało to, jakbym spadła na olbrzymią poduszkę.
Jego grzywa, która była całkowicie
czarna, była bardzo miękka. Nie pasowało do do reszty futra, która była sztywna
i bardzo niewygodna. Czy to się dzieje naprawdę, czy tylko śnię?
- Nie śnisz malutka. - odezwał się
Mefisto. Nie zdziwiło mnie to, że umie czytać w myślach.
- Więc... Dlaczego twój poprzednik
mnie puścił? Chcecie mnie zabić?
Zaśmiał się.
- Oczywiście, że nie. Jesteś dla nas
skarbem. Prawdziwym skarbem.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć na
coś takiego. Przecież nie mogłam byś tym skarbem naprawdę. Oni mnie nie znają,
a ja nie znam ich. Wyczuwałam tu jakiś podstęp.
- Dokąd lecimy? - zapytałam, nie będąc
pewna, czy odpowie mi prawdę.
- Do naszej kryjówki, gdzie nikt cię
nie znajdzie malutka. - wielki łeb Mefista obrócił się na bok. Teraz jego
wielkie, czarne oko patrzyło wprost na mnie.
- Dlaczego? Umiem radzić sobie sama. -
chciałam wstać, ale łapy odmówiły mi posłuszeństwa i wylądowałam z powrotem na
brzuchu.
- Widzę. I jesteś strasznie irytująca,
jak wbijasz mi pazury w grzbiet, wiesz?
- Przepraszam. - nie zauważyłam tego
wcześniej. Pazury miałam wyciągnięte i wbijały się głęboko w skórę gryfa.
Zapadła, nielubiana przez nikogo,
cisza. lecieliśmy tak dobre dziesięć minut, po czym zauważyłam, że reszta
gryfów gdzieś zniknęła.
- Co się stało z resztą? Gdzie oni
zniknęli? - wiedziałam, że są to naiwne pytania, ale nie mogłam już dłużej
milczeć.
- Polecieli do siebie. Ja mieszkam
sam, na szczycie góry Derryt. Nie musisz się obawiać, nic ci się tu nie stanie,
do puki będziesz ze mną.
- Do czego jestem ci taka potrzebna,
co?
Nie odpowiedział. Znów zapadła cisza.
Słychać było jedynie wiatr, który obijał się Mefisto o skrzydła. Nie zapomnę
tego dźwięku.
Po jakimś czasie w końcu zza chmur ukazała nam się góra. Wywnioskowałam, że to właśnie Derryt, bo Mefisto leciał wprost na ogromną skarpę. Była ona porośnięta dość gęsto paprociami, kwiatami o fioletowej barwie oraz małymi krzewami.
Wylądowaliśmy miękko, po czym Mefisto
położył się na brzuchu i przechylił trochę na bok, żebym mogła się ześlizgnąć z
jego wielkiego ciała. Spadłam z niego, jak drewniana belka, ale nie jęknęłam.
Postanowiłam, że jeżeli będę pokazywała mniej emocji, co za tym idzie, mniej
strachu, to może mnie puści. Mefisto podszedł do mnie i chwycił delikatnie
dziobem mnie za futro na karku. On pomagał mi wstać.
- No dalej, maleńka. - mówił z moim
futrem w dziobie.
W końcu udało mi się stanąć na łapach. Czułam się
świetnie. Czekałam tylko na to, aż mnie puści. I w końcu to uczynił. Podeszłam
powoli do krawędzi skarpy. Widok był niesamowity. Kraina była cała złożona z
gór, pagórków i urwisk. Wszystko pięknie porośnięte za zielono z fioletowymi
kwiatami. Widok zaparł mi dech w piersi.
- Pięknie tu, prawda? - zbliżył się do
mnie powoli. - Nie chcę, żeby ci się tu coś stało, dlatego musimy się spieszyć.
-Dobrze - powiedziałam i obróciłam się
do niego. Nie wiem, czy to, co zauważyłam, to było właśnie to, ale w jego
twarzy było można wyczytać coś na kształt ulgi. Może myślał, że będę się
stawiać, i nigdzie z nim nie pójdę? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem.
Uśmiechnął się do mnie i poszedł przodem w wąską, jak na niego, wydeptaną
ścieżynkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz