13 maja 2012

XXXV.


Nie wierzyłam, że to co widzę jest prawdą.Nie mogłam się nadal ruszyć z miejsca. Mahaki rzucił mną tak mocno, że nadal nie mogę się ruszyć. Co robić, co robić?Myśli błądziły mi po głowie. Obijały się po czaszce. Satoshi! Satoshi proszę… Byłam bardzo bliska łez. Dlaczego mi go zabrałeś! Krzyczałam w myślach.Nie, to niemożliwe. Nie miałeś ku temu powodów…
Nagle nad gniazdem pojawiły się kolejno czarne skrzydła gryfa, następnie on cały wraz z Mahakim w szponach.Ptako-podobne zwierze posadziło go w gnieździe i odleciało. Mahaki nic nie mówił, tylko patrzył przed siebie. Jego oczy były teraz puste i nieme. Nie wyrażały nic. On sam siedział i tylko patrzył. Nagle jednak zza gniazda pokazały się kolejne pióra. Po czym pojawił się ognisty ptak.
Nie wiedziałam, że takie ptaki istnieją. Był ogromny. Gdy tylko jego wielkie cielsko wzleciało na odpowiednią wysokość zobaczyłam,że także on ma coś w szponach. Było poranione, ale żyło. Od razu poznałam w nim Satoshi’ego.
- Satoshi! – wrzasnęłam, gdy tylko tak położył go na ziemi.
- Nic mi nie jest… - powiedział, po czym wstał i podszedł do mnie, lekko kuśtykając.
Ptak nie odleciał jednak. Przysiadł na brzegu gniazda i obserwował całą akcję. Najciekawsze było to, że jego pióra nie podpaliły gałęzi. Jego masa także nie przeciążyła gniazda i nie spadliśmy w dół.
- To naprawdę dziwne… - powiedziałam do Satoshi’ego,jak tylko doszedł do mnie i ułożył obolałe ciało obok mnie.
- Co jest dziwne Chinmoku? – odetchnął.
- Ten ptak… - ściszyłam ton głosu –Widzisz, że jego pióra płoną, a nic się nie podpala. Z tego co widzę, to ptak też nie należy do zwierząt najlżejszych, bo przecież sam w sobie jest ogromny!Dlaczego gniazdo się nie przechyliło?
Gdy skończyłam wywód spojrzałam na Satoshi’ego.Ten miał dobry humor i najwidoczniej moje słowa nieźle go rozbawiły.
- Z czego się śmiejesz? – powiedziałam do niego już głośniej.
- Z ciebie, kochana. – jego uśmiech mówił sam za siebie. Musiałam powiedzieć coś głupiego.
- Dlaczego? Nie wolno mi pytać o takie rzeczy?
- Możesz. Oczywiście. – spoważniał –Przepraszam. Ciągle zapominam, że nie jesteś z naszego stada od początku. Że nie jesteś od Krazowa…
- Nie musisz mnie już tak dołować, naprawdę– uśmiechnęłam się do niego. Od razu zrozumiał o co mi chodzi. Nie byłam przecież w stanie zmienić tego kim jestem i gdzie się urodziłam. Choć tego nikt nie jest w stanie określić. Czuję się jednak dobrze tu, z Wielkim Stadem, z Watahą z Lodowych Kier.
- Wybacz mi – porozumiewawczo polizał mnie w bok pyska – nie chciałem cię urazić.
- Wiem, wiem. Spokojnie. – powiedziałam już spokojniej. Więc mogę wiedzieć, co to za stworzenie?
- To Feniks.
- Feniks? A czy to jest… - dostałam nagle wielkiego przebłysku w głowie – No tak! Ptaki-wampiry.
- Co? – zdziwił się Satoshi.
- Ptaki-wampiry. Słyszałam gdzieś już o nich. A może mi się to tylko śniło… - tak,to na pewno był sen, pomyślałam. Znowu się przed nim zbłaźniłam.
- Hmm. Nie do końca. Jedyną rzeczą, jaką dzielą z wampirami jest chyba tylko to, że są nieśmiertelne, choć ja nie wierzę, żeby ludzie-nietoperze żyli wiecznie. W ogóle jakaś marna z nich rasa. Ale wracając do Feniksów. Są to stworzenia magiczne… - wskazał głową,żebym popatrzyła w stronę ptaka. – Ich pióra płoną, ale nie zrobią nic nikomu,kto ma czyste serce i dobre zamiary. Ci, którzy go dotkną i będą mieli w sercach zamiar skrzywdzić kogoś lub będą chcieli zagarnąć dla siebie to wspaniałe stworzenie, to pióra go po prostu poparzą.
- Czyli ty… - nie wiedziałam, jak mam to powiedzieć – Ty… Ty nie chciałeś zrobić nic złego. Nie chciałeś zabić Mahaki?
- Oczywiście, że nie Chinmoku. Nie jestem wilkiem, który pragnie krwi, żeby żyć. Zwłaszcza, że z Mahaką znamy się nie od dziś. – uśmiechnął się, po czym jego wzrok spoczął właśnie na tym wilku.
Mahaki nadal siedział bez ruchu. Oczy jednak miał zakotwiczone w Feniksie.
- Satoshi? – szepnęłam, żeby go nie przestraszyć.
- Co się stało? – spojrzał teraz na mnie. W jego oczach można było wyczytać zmartwienie o moją skromną osobę.
- Dlaczego on tak siedzi? – nadal szeptała mnie chcąc spowodować, żeby ten rzucił się na nas.
- Jest w szoku. Wiesz, nie codziennie spada się z gniazda, które jest ponad czterdzieści metrów nad ziemią.
- A ty? Ty się ruszasz, śmiejesz… -poczułam, że mogło to zabrzmieć nietaktowanie, więc lekko obróciłam głowę.
- Nic się nie stało – zauważył mój gest Satoshi – Ja nie raz i nie dwa, spadałem z takich i większych wysokości. Ale jak widzisz, nadal tu jestem, więc albo mam szczęście, że zawsze ktoś jest obok mnie, albo po prostu wiem, jak się nie zabić w tak głupi sposób. – powiedział,po czym zaczął się lizać po obolałej łapie.
W tym czasie, kiedy Satoshi mówił, Feniks powoli się do nas zbliżał. Zauważyłam go dopiero wtedy, kiedy wielki cień zasłonił promienie słońca. Kiedy podniosłam łeb spotkałam się oko w oko z potęgą tego stworzenia. Czubate pióra na głowie lśniły teraz na pomarańczowo-żółto,przeplatając się gdzieniegdzie z barwą niebieskiego nieba. Oczy, które tera zmiał wlepione wprost we mnie były tak ogromne, że mogłam obejrzeć w nich odbicie całej swojej głowy. Po chwili zwierzę przeniosło wzrok na liżącego rany, Satoshi’ego. On jednak nie przejmował się tym, że to wielkie ptaszysko na niego patrzy.
Feniks postukał lekko dziobem w czubek głowy Satoshi-ego, a on grzecznie podniósł łeb. Zamknął oczy i wyciągnął poranioną łapę przed siebie. Ptak zbliżył do niej głowę i mrugnął kilka razy. W jego oku pojawiła się łza, która następnie spadła na ranę wilka, która, kumo jemu zdziwieniu, zabliźniała się.
- Tak Chinmoku, jego łzy leczą. – wyszeptał do mnie.
Nie byłam w stanie nic powiedzieć.
Po tym krótkim leczeniu, Feniks odsunął się o kilka kroków od nas. Stanął obok Mahakiego i wrzasnął. Wrzask Feniksa był bardzo wysoki, jak na tak duże zwierzę. Dźwięcznie rozniósł się po górach. Nim zdążyłam się zorientować w sytuacji, ptak wziął Mahakiego w szpony i odleciał.
- Mahaki wróci, to pewne – powiedział Satoshi,przerywając ciszę.
- Jesteś pewny? Nie wygląda na to… -powiedziałam bardziej śmiało, niż mi się wydawało.
- Na sto procent Chinmoku… Ale nie martwmy się nim. Zobaczę co z twoimi ranami i idziemy powrotem na Wielkie Kry – uśmiechnął się wstając powoli…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz