Nie wierzyłam, że to
co widzę jest prawdą.Nie mogłam się nadal ruszyć z miejsca. Mahaki rzucił mną
tak mocno, że nadal nie mogę się ruszyć. Co robić, co robić?Myśli
błądziły mi po głowie. Obijały się po czaszce. Satoshi! Satoshi proszę… Byłam
bardzo bliska łez. Dlaczego mi go zabrałeś! Krzyczałam w myślach.Nie,
to niemożliwe. Nie miałeś ku temu powodów…
Nagle nad gniazdem
pojawiły się kolejno czarne skrzydła gryfa, następnie on cały wraz z Mahakim w
szponach.Ptako-podobne zwierze posadziło go w gnieździe i odleciało. Mahaki nic
nie mówił, tylko patrzył przed siebie. Jego oczy były teraz puste i nieme. Nie
wyrażały nic. On sam siedział i tylko patrzył. Nagle jednak zza gniazda
pokazały się kolejne pióra. Po czym pojawił się ognisty ptak.
Nie wiedziałam, że
takie ptaki istnieją. Był ogromny. Gdy tylko jego wielkie cielsko wzleciało na
odpowiednią wysokość zobaczyłam,że także on ma coś w szponach. Było poranione,
ale żyło. Od razu poznałam w nim Satoshi’ego.
- Satoshi! –
wrzasnęłam, gdy tylko tak położył go na ziemi.
- Nic mi nie jest… -
powiedział, po czym wstał i podszedł do mnie, lekko kuśtykając.
Ptak nie odleciał
jednak. Przysiadł na brzegu gniazda i obserwował całą akcję. Najciekawsze było
to, że jego pióra nie podpaliły gałęzi. Jego masa także nie przeciążyła gniazda
i nie spadliśmy w dół.
- To naprawdę
dziwne… - powiedziałam do Satoshi’ego,jak tylko doszedł do mnie i ułożył
obolałe ciało obok mnie.
- Co jest dziwne
Chinmoku? – odetchnął.
- Ten ptak… -
ściszyłam ton głosu –Widzisz, że jego pióra płoną, a nic się nie podpala. Z
tego co widzę, to ptak też nie należy do zwierząt najlżejszych, bo przecież sam
w sobie jest ogromny!Dlaczego gniazdo się nie przechyliło?
Gdy skończyłam wywód
spojrzałam na Satoshi’ego.Ten miał dobry humor i najwidoczniej moje słowa
nieźle go rozbawiły.
- Z czego się
śmiejesz? – powiedziałam do niego już głośniej.
- Z ciebie, kochana.
– jego uśmiech mówił sam za siebie. Musiałam powiedzieć coś głupiego.
- Dlaczego? Nie
wolno mi pytać o takie rzeczy?
- Możesz. Oczywiście.
– spoważniał –Przepraszam. Ciągle zapominam, że nie jesteś z naszego stada od
początku. Że nie jesteś od Krazowa…
- Nie musisz mnie
już tak dołować, naprawdę– uśmiechnęłam się do niego. Od razu zrozumiał o co mi
chodzi. Nie byłam przecież w stanie zmienić tego kim jestem i gdzie się
urodziłam. Choć tego nikt nie jest w stanie określić. Czuję się jednak dobrze
tu, z Wielkim Stadem, z Watahą z Lodowych Kier.
- Wybacz mi –
porozumiewawczo polizał mnie w bok pyska – nie chciałem cię urazić.
- Wiem, wiem. Spokojnie.
– powiedziałam już spokojniej. Więc mogę wiedzieć, co to za stworzenie?
- To Feniks.
- Feniks? A czy to
jest… - dostałam nagle wielkiego przebłysku w głowie – No tak! Ptaki-wampiry.
- Co? – zdziwił się
Satoshi.
- Ptaki-wampiry.
Słyszałam gdzieś już o nich. A może mi się to tylko śniło… - tak,to na pewno
był sen, pomyślałam. Znowu się przed nim zbłaźniłam.
- Hmm. Nie do końca.
Jedyną rzeczą, jaką dzielą z wampirami jest chyba tylko to, że są
nieśmiertelne, choć ja nie wierzę, żeby ludzie-nietoperze żyli wiecznie. W
ogóle jakaś marna z nich rasa. Ale wracając do Feniksów. Są to stworzenia
magiczne… - wskazał głową,żebym popatrzyła w stronę ptaka. – Ich pióra płoną,
ale nie zrobią nic nikomu,kto ma czyste serce i dobre zamiary. Ci, którzy go
dotkną i będą mieli w sercach zamiar skrzywdzić kogoś lub będą chcieli zagarnąć
dla siebie to wspaniałe stworzenie, to pióra go po prostu poparzą.
- Czyli ty… - nie
wiedziałam, jak mam to powiedzieć – Ty… Ty nie chciałeś zrobić nic złego. Nie
chciałeś zabić Mahaki?
- Oczywiście, że nie
Chinmoku. Nie jestem wilkiem, który pragnie krwi, żeby żyć. Zwłaszcza, że z
Mahaką znamy się nie od dziś. – uśmiechnął się, po czym jego wzrok spoczął
właśnie na tym wilku.
Mahaki nadal
siedział bez ruchu. Oczy jednak miał zakotwiczone w Feniksie.
- Satoshi? –
szepnęłam, żeby go nie przestraszyć.
- Co się stało? –
spojrzał teraz na mnie. W jego oczach można było wyczytać zmartwienie o moją
skromną osobę.
- Dlaczego on tak
siedzi? – nadal szeptała mnie chcąc spowodować, żeby ten rzucił się na nas.
- Jest w szoku.
Wiesz, nie codziennie spada się z gniazda, które jest ponad czterdzieści metrów
nad ziemią.
- A ty? Ty się
ruszasz, śmiejesz… -poczułam, że mogło to zabrzmieć nietaktowanie, więc lekko
obróciłam głowę.
- Nic się nie stało
– zauważył mój gest Satoshi – Ja nie raz i nie dwa, spadałem z takich i
większych wysokości. Ale jak widzisz, nadal tu jestem, więc albo mam szczęście,
że zawsze ktoś jest obok mnie, albo po prostu wiem, jak się nie zabić w tak
głupi sposób. – powiedział,po czym zaczął się lizać po obolałej łapie.
W tym czasie, kiedy
Satoshi mówił, Feniks powoli się do nas zbliżał. Zauważyłam go dopiero wtedy,
kiedy wielki cień zasłonił promienie słońca. Kiedy podniosłam łeb spotkałam się
oko w oko z potęgą tego stworzenia. Czubate pióra na głowie lśniły teraz na
pomarańczowo-żółto,przeplatając się gdzieniegdzie z barwą niebieskiego nieba.
Oczy, które tera zmiał wlepione wprost we mnie były tak ogromne, że mogłam
obejrzeć w nich odbicie całej swojej głowy. Po chwili zwierzę przeniosło wzrok
na liżącego rany, Satoshi’ego. On jednak nie przejmował się tym, że to wielkie
ptaszysko na niego patrzy.
Feniks postukał
lekko dziobem w czubek głowy Satoshi-ego, a on grzecznie podniósł łeb. Zamknął
oczy i wyciągnął poranioną łapę przed siebie. Ptak zbliżył do niej głowę i
mrugnął kilka razy. W jego oku pojawiła się łza, która następnie spadła na ranę
wilka, która, kumo jemu zdziwieniu, zabliźniała się.
- Tak Chinmoku, jego
łzy leczą. – wyszeptał do mnie.
Nie byłam w stanie
nic powiedzieć.
Po tym krótkim
leczeniu, Feniks odsunął się o kilka kroków od nas. Stanął obok Mahakiego i
wrzasnął. Wrzask Feniksa był bardzo wysoki, jak na tak duże zwierzę. Dźwięcznie
rozniósł się po górach. Nim zdążyłam się zorientować w sytuacji, ptak wziął
Mahakiego w szpony i odleciał.
- Mahaki wróci, to
pewne – powiedział Satoshi,przerywając ciszę.
- Jesteś pewny? Nie
wygląda na to… -powiedziałam bardziej śmiało, niż mi się wydawało.
- Na sto procent
Chinmoku… Ale nie martwmy się nim. Zobaczę co z twoimi ranami i idziemy
powrotem na Wielkie Kry – uśmiechnął się wstając powoli…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz