13 maja 2012

XXXVI.


Satoshi podszedł powoli do mnie. Wiedział, że nie mogę wstać, bo Mahaki rzucił mną o skałę.
- Nie męcz się. – powiedziałam cicho do niego. – Zostaw mnie tu i wrócisz najwyżej po mnie później. – nie wiem dlaczego to powiedziałam.Chciałam jak najszybciej się stąd wydostać, a on właśnie po to tu przyszedł.
- No właśnie Chinmoku. Po to tu przyszedłem… - uśmiechnął się – I z góry mogę odpowiedzieć na twoje następne pytanie. Nie, nie czytam ci w myślach. – zaśmiał się – Pokaż ranę na łapie, na której siedzisz…
Powoli przeniosłam ciężar ciała z prawej strony na lewą.Teraz Sato mógł bez problemu zobaczyć, co się stało z moją łapą.
- Oj… Zaraz ci to naprawię – dobry humor go nie opuszczał –Może cię to trochę zaboleć.
- Nieważne. Chcę znów chodzić! – zniecierpliwiłam się.
- Oczywiście Panno Chinmoku! Już się robi! – spoważniał.
Satoshi dotknął lekko łapą rany. Zaczęła mnie lekko piec. On pewnie wie, co robi, mówiłam do siebie w myślach. W tym momencie Satoshi bardzo mocno nacisnął na łapę.Zaskomlałam z bólu.
- To miało trochę zaboleć – powiedziałam, kładąc duży nacisk na `trochę` - Nie mogłeś uprzedzić, że…
W oczach Satoshi’ego było widać ból. Nie mogłam opieprzać go dalej. Płomienne oczy zaszły mgłą strachu. Dlaczego, pytałam siebie, dlaczego on zamarł? Przecież samo z siebie nic się nie dzieje.
- Co się stało, Sato? – powiedziałam cicho. – Nie chciałam cię urazić…
- Nie, to nie twoja wina. – odparł chłodno.
- Ale…
- Oh, zamknij się! – warknął Satoshi. Teraz jego oczy nabrały wręcz morderczego pierwiastka.
Zniecierpliwienie wilka było dla mnie dużym zaskoczeniem. Nie chciałam już nic mówić, bo może pogorszyłabym tylko sprawę. Mnóstwo myśli miotało mi się teraz o głowie. Nie chciałam, żeby coś takiego zepsuło to, co dopiero miało nadejść.
O czym ja mówię? Co ma nadejść?
Coś niedługo przyjdzie Chinmoku…
- Słyszałeś? – powiedziałam przestraszona, zapominając o tym, że Satoshi nadal siedział nad moją raną.
- Co słyszałem? – odparł zdziwiony – Jak się czujesz?
- Szczerze? Dziwnie…
Satoshi uśmiechnął się po czym odsunął łapę od mojej rany.
- Już powinno być dobrze. – powiedział i odszedł trochę w tył, żebym mogła wstać.
Powoli zebrałam siły i próbowałam wstać. Coraz więcej i szybciej energii we mnie było. Wierzyłam, że mi się uda. Krew znów zaczęła szybciej krążyć w żyłach. Czułam się jak nowonarodzona. Nowe siły, nowe możliwości.
- Jak tego dokonałeś? – powiedziałam chwiejąc się lekko na łapach.
- Nieważne – uśmiechnął się – Teraz możemy wracać na Lodowe Kry.
- A jak stąd zejdziemy?
- O to się nie martw. Załatwiłem nam transport.
Satoshi podszedł do krawędzi gniazda i zawył. Głos obijał się o skały. Szczerze mówiąc Sato wyglądał pięknie, gdy zamknął oczy, wył w niebo i…
Chinmoku!
- No co?! – powiedziałam dość głośno.
- Ale co? – Satoshi nagle obrócił się do mnie.
- Nie, nic. – powiedziałam już ciszej.
Nie wiedziałam skąd brał się ten głos w mojej głowie. Może to jakaś złowroga wróżba? A może coś chce mnie bardzo dostać? Znów mętlik w głowie zaczął się powiększać, Alenie miałam czasu dłużej o tym myśleć w tej chwili, bo zza krawędzi wyłonił się znajomy kształt. Duże, płomienne ciało mogło być tylko jednym stworzeniem.
- Feniks? – zapytałam zdumiona – To on nas sprowadzi na dół?
- Nie tylko na dół. Z racje tego, że jest nam, czyli Wielkiej Watasze, jest coś winien. Ale może o tym, powiem ci kiedy indziej. –spojrzał mi w oczy – Noo dalej, Chinmoku. Idziemy.
- Już się robi. – powiedziałam żywo i powoli podeszłam do Feniksa, który akurat lądował na skraju gniazda. Pochylił się i usiadł z gracją. Jak na tak duże stworzenie, wyszło mu prawie idealnie. Położył głowę naprzeciwko mnie i zapraszał na wejście na grzbiet. Posłusznie zbiły łam się do jego boku i wskoczyłam niepewnie, starając się nie wbić pazurów w jego ciało.
Nie będziesz już taka sama…
- Przestań! – warknęłam, jak tylko znalazłam się na grzbiecie Feniksa.
- Co się stało? Kto i co ma przestać? – powiedział zaniepokojony Satoshi, który właśnie wdrapywał się na grzbiet ptaka.
- Nie… Nic… - powiedziałam i spuściłam głowę. Nie mogłam się przemóc, żeby powiedzieć Sato, że mam jakieś dziwne głosy w głowie.
- Dobra, trzymaj się Chinmoku. – odparł wilk i mruknął coś niezrozumiałego dla mnie do Feniksa, który wstał i odepchnął się mocno od gniazda.

Po wylądowaniu bezpiecznie na Wielkich Krach było można zobaczyć tylko dwie rzeczy. Wielką pustkę na Krach i jakąś ciemną smugę na lodzie.
Satoshi zszedł szybko z Feniksa i od razu zaczął się rozglądać. Najwidoczniej czegoś szukał. Feniks delikatnie się poruszył i przywrócił mnie do racjonalnego myślenia. Zeszłam posłusznie i podeszłam doSatoshi’ego. To, co widziałam jako ciemną smugę, okazało się być dawno zaschniętym śladem krwi…
- Co tu się stało… - powiedział do siebie Satoshi…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz