13 maja 2012

XI.


Ruszyliśmy w długą i męczącą drogę. Makuru szedł przodem. Wskazywał mi drogę.
  - A mówiłeś, że o mnie wiele słyszałeś. Skąd? - powiedziałam przerywając ciszę.
  - Zacznę od początku. Kazana, moja matka, zabrała mnie kiedyś na wycieczkę do Nevendarr. My, smoki wampirze, gdy jesteśmy młode wchodzimy na grzbiet matki i lecimy tam, gdzie ona chce. Więc pewnego razu Kazana, bo my nie zwracamy się do rodziców przez 'matka' czy 'ojciec', zabrała nas do Nevendarr. Byłem wtedy zaledwie dwulatkiem. Nie wiedziałem co mam ze sobą tam zrobić. Kazana nie mówiła nam po co tam lecimy. Po wylądowaniu widziałem Lairę, Twoją matkę, rozmawiającą z gryfem. Tam po raz pierwszy usłyszałem Twoje imię Cieniu. Nie słyszałem całej rozmowy. Wychwyciłem tylko: czy mógłbyś zająć się Cieniem? Odpowiedź gryfa brzmiała: Oczywiście, ale za cenę... Niestety musiałem już iść w stronę odchodzącego rodzeństwa i Kazany. Zapytałem Kazany kim jest Laira. Powiedziała mi, że jest to twórczyni ziemskiej populacji wilków. Najmądrzejsza przywódczyni watahy z Nevendarr. Zacząłem się nią interesować. Po kilku dniach spędzonych w Mrocznym Lesie, Kazana kazała po raz pierwszy spróbować latania. Bałem się. Byłem mały i tchórzliwy. Kazana zaprowadziła nas nad wielki kanion. Spadek w dól miał ze 30 metrów. Baliśmy się. Rallion, najstarszy z nas, spróbował jako pierwszy. Zbliżył się do krawędzi, podskoczył, zamachał skrzydłami i poleciał w górę. Zachęcał nas do próby lotu. Po Rallionie na niebie znaleźli się jeszcze Onnel, Kuzua, Liiop i Ghiil. W końcu przyszedł czas n mnie. Podszedłem do krawędzi. Obróciłem łeb w stronę Kazany. Bacznie się mi przyglądała. Już chciałem podskoczyć, gdy nagle zza krzaka wyskoczyła Laira. Złapała mnie za skrzydło i jednym silnym pociągnięciem mi je wyrwała. Krew była wszędzie. Spojrzałem w niebo. Moje rodzeństwo zniknęło. Kazany także nie było. Wszystkim udało się uciec. Tylko ja zostałem na łasce watahy z Mrocznego Lasu. Ryczałem, wołałem o pomoc. W końcu zauważyłem na niebie Kazanę. Miała do ogona przyczepionego wilka. Tak mocno zacisnął szczęki, że wbił się w kość i nie mógł się uwolnić. Kazana podleciała do kanionu i walnęła ogonem z całej siły w kamienną ścianę. Wilk puścił i spadł na samo dno kanionu. Uderzenie rozległo się po całym lesie...
  - Tak, słyszałam je - przerwałam mu. - To był Maalkon. Nasz doradca. Ale mów dalej.
  - Po śmierci Maalkona, Laira zostawiła mnie w spokoju, zebrała stado i uciekli. Kazana chwyciła mnie za drugie skrzydło i uciekliśmy do kryjówki, którą znalazła wcześniej. Próbowała zatamować krwawienie z mojej rany. Nic nie dało się zrobić. Traciłem krew. Bladłem z minuty na minutę. Ja schodziłem z tego świata. Cień rozumiesz? Umierałem na oczach rodziny. Byłaś w takiej sytuacji, że wszyscy patrzyli jak umierasz? Odpowiedz mi.
  - Jaa... Więc... Ja nigdy nie czułam się tak, jakbym żyła. Zawsze w jakiś sposób byłam na tamtym świecie. Nie wiedziałam co to życie póki nie spotkałam Naldy, Kara. Może jak poznam Ciebie to także się czegoś o życiu dowiem.
  - Może. Zróbmy przerwę, dobrze?
Szliśmy już od godziny i byliśmy już zmęczeni. Musieliśmy odpocząć przed dalszą drogą. Makuru podszedł do ogromnego drzewa, walnął ogonem w nie. Roślina z hukiem uderzyła w ziemię. Położył się tuż obok drzewa. Ogon zwinął w okrąg zostawiając miejsce w środku dla mnie.
  - Chodź. Prześpimy się, a potem ruszamy dalej. Słońce niedługo wstanie. Nie masz się co martwić.
Ostatni raz tego dnia spojrzałam tęsknie w księżyc. Na jego powierzchni ukazała mi się twarz Kara.
  - Obym wiedziała co robię - szepnęłam cicho do siebie.
Obróciłam się, podeszłam do Makuru i ułożyłam się przy jego boku. Nastał błogi sen...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz